Ostatnio odezwał się do mnie Eastasiasoft z pytaniem, czy byłbym zainteresowany kodami do kilku ich gier. Szczerze mówiąc, lubię takie wiadomości, bo zazwyczaj nie wiem, czego się po nich spodziewać. Eastasiasoft to niezależny wydawca z Hongkongu, który zajmuje się przede wszystkim mniejszymi, często bardzo różnymi od siebie produkcjami na konsole i PC. W ich katalogu można znaleźć naprawdę sporo dziwnych, niszowych i mocno gatunkowych tytułów. I przyznam, że właśnie to mnie zachwyciło – dawno nie grałem w tego typu „giereczki”, o których nawet wcześniej nie słyszałem. Wziąłem, pograłem i opisuje! Chiński szrot? I tak i nie!
Defending Camelot
Zacząłem właśnie od tego tytułu i tutaj mam chyba najbardziej mieszane odczucia.
Na pierwszy rzut oka Defending Camelot bardzo mocno kojarzy się z Plants vs. Zombies. Mamy kilka torów, przeciwnicy przesuwają się w naszym kierunku, a my ustawiamy kolejne jednostki, które mają ich zatrzymać. Zamiast roślin są jednak rycerze, łucznicy, magowie czy farmerzy, którzy pozwalają nam zdobywać potrzebne do walki zasoby.
I właściwie dlatego najbardziej chciałem w tę grę zagrać. Pomysł na fantasy’owe Plants vs. Zombies wydał mi się po prostu fajny. Nie potrzebowałem tutaj wielkiej historii ani skomplikowanych mechanik. Liczyłem na prostą, przyjemną grę, którą można sobie odpalić i pograć przez kilkadziesiąt minut.
Niestety bardzo szybko pojawił się problem, który całkowicie mnie od niej odrzucił.
Gra robi się absurdalnie trudna już po kilku planszach.
I nie chodzi mi o to, że trzeba trochę bardziej kombinować. Po prostu miałem poczucie, że poziom trudności nagle przestaje być dobrze skalibrowany. Początkowo wszystko jest jeszcze całkiem przyjemne, a chwilę później zaczynamy dostawać takie lanie, że zabawa zamienia się bardziej w próbę rozszyfrowania, czego gra właściwie od nas oczekuje.
Co ciekawe, podobne uwagi pojawiają się również w Internetowych opiniach na temat gry (natrafiłem na nie podczas researchu) – przede wszystkim dotyczące bardzo gwałtownego wzrostu poziomu trudności, ale też błędów takich jak wywalanie nas do „pulpitu” czy bardzo drogich itemków w sklepie (ale bez mikropłatności).
A szkoda, bo naprawdę chciałem w Defending Camelot pograć dłużej. Ostatecznie po kilku kolejnych próbach po prostu dałem sobie spokój. Dla mnie to przykład gry, która miała całkiem niezły punkt wyjścia, ale przez źle wyważoną trudność skutecznie zniechęca do dalszego grania.
Blast’N Bounty
Drugą otrzymaną grą było Blast’N Bounty i tutaj mamy już zupełnie inną historię.
To klasyczny shoot’em up, w którym lecimy przed siebie, strzelamy do wszystkiego, co się rusza, omijamy pociski i walczymy z bossami. Brzmi znajomo? Oczywiście. W tym gatunku nie chodzi jednak o wymyślanie koła na nowo, tylko o to, czy sama rozgrywka daje frajdę.
Tutaj dodatkowo jest całkiem absurdalna otoczka fabularna – głównym bohaterem jest żaba będąca łowcą nagród, która rusza tropem kilku członków kosmicznej mafii. Sama koncepcja jest na tyle dziwna, że trudno przejść obok niej zupełnie obojętnie.
Największym problemem jest natomiast długość. Jak się zaprzecie, to ukończycie ją w około dwie godziny. A szkoda, bo chociaż krótka to jednocześnie jest całkiem przyzwoita z angażująca rozgrywką, całkiem znośnymi bossami i ogólnie pomysłem na wybór kolejności kolejnych etapów troszeczkę na wzór koła wrogów z podstawowych przygód Mega Mana.
I chyba właśnie dobrze odebrałem Blast’N Bounty. To niewielka gra, która nie próbuje udawać czegoś większego. Włączasz, strzelasz, próbujesz nie zginąć i po prostu dobrze się bawisz. Nie jest to tytuł, przy którym zamierzam spędzić kilkadziesiąt godzin, ale też chyba nie taki był jego cel.
Atomic Owl
Najbardziej ciekawił mnie chyba Atomic Owl, bo z całej trójki wyglądał na grę najbardziej rozbudowaną, prawie „normalną”.
To połączenie platformówki i gry akcji z elementami roguelite. Głównym bohaterem jest Hidalgo Bladewing, czyli sowa, która walczy z kolejnymi przeciwnikami przy pomocy różnych rodzajów broni. Jest sporo walki, platformowych fragmentów, rozwijania postaci i oczywiście charakterystyczna pixelartowa oprawa.
To co w niej jest ciekawe, to fakt, że może przypaść do gustu. Oprawa to urocza pikseloza, muzyka jest nawet skoczna i warta zapamiętania, fabuła ma w sobie naprawdę dużo wymuszonego, ale całkiem sensownego humoru, a sama walka chociaż powtarzalna, to fajnie wykorzystuje elementy roguelite, które co najciekawsze – po prostu można zgasić
I z całej trójki Atomic Owl zostawił na mnie najlepsze wrażenie. Nie jest to gra idealna i momentami widać, że budżet nie był tutaj nieograniczony, ale ma swój charakter. Po prostu łatwiej ją zapamiętać niż kolejną małą grę, która robi dokładnie to samo, co dziesiątki innych.
Dostałem trzy całkowicie różne produkcje. Defending Camelot to fantasy’owa wersja Plants vs. Zombies, która niestety szybko pokonała mnie poziomem trudności. Blast’N Bounty to krótki, mocno retro shoot’em up, który daje dokładnie to, czego można się po nim spodziewać. Atomic Owl jest natomiast najbardziej rozbudowane i z całej trójki najbardziej przypadło mi do gustu.
Nie jest to więc tekst w stylu „oto trzy świetne gry, które musicie kupić”. Bo nie wszystkie trzy mi się spodobały i chyba właśnie to jest tutaj najciekawsze. Kiedy Eastasiasoft odezwało się do mnie z pytaniem o kody, nie wiedziałem dokładnie, czego się spodziewać. Ostatecznie dostałem trzy bardzo różne przykłady tego, jak wygląda katalog takiego niezależnego wydawcy. Czasami trafi się coś naprawdę interesującego, czasami coś po prostu poprawnego, a czasami gra, którą bardzo chce się polubić, ale ostatecznie człowiek odbija się od niej po kilku planszach.
Takie to już są te azjatyckie pierdółki. Pełna lista gier tej firmy chociażby tutaj: https://www.dekudeals.com/games?filter[developer]=eastasiasoft














