Lubię zombie. I właściwie tyle wystarczy, żeby zainteresować mnie grą, w której głównym zajęciem jest strzelanie do hord tych nie do końca martwych przyjemniaczków. Nie zawsze potrzebuję skomplikowanej historii czy wymyślnego gameplayu. Czasami wystarczy mi porządna giwera, setki nieumarłych na ekranie i możliwość sprawdzenia, jak długo uda mi się przetrwać. Oczywiście im więcej gra ma do zaoferowania poza samym strzelaniem, tym lepiej, ale trudno ukryć, że właśnie takie produkcje mają w sobie coś, co potrafi mnie wciągnąć.
John Carpenter’s Toxic Commando od początku dosyć jasno pokazuje, czym chce być. Jest głośno, krwawo, absurdalnie i momentami naprawdę chaotycznie. Do tego dochodzi oczywiście nazwisko Johna Carpentera, które od razu przywołuje skojarzenia z horrorem, kinem akcji i charakterystycznym klimatem lat 80. Na potrzeby recenzji grałem w wersję na PlayStation 5. Za udostępnienie kodu do gry dziękuję Focus Entertainment.
Fabuła zaczyna się w sposób, który idealnie pasuje do tego typu produkcji. W niedalekiej przyszłości naukowcy próbują wykorzystać energię znajdującą się w jądrze Ziemi. Jak można się domyślić – nie kończy się to szczególnie dobrze. Eksperyment prowadzi do uwolnienia tak zwanego Sludge God, czyli Szlamowego Bóstwa. Ziemia zaczyna zamieniać się w toksyczną maź, a żywe organizmy w różnego rodzaju nieumarłe paskudztwa. Wtedy do akcji wkraczają Toxic Commandos – grupa najemników, których zadaniem jest posprzątanie tego całego bałaganu.
Fabuła Toxic Commando jest przede wszystkim pretekstem do kolejnych misji. Trzeba gdzieś pojechać, coś znaleźć, uruchomić, obronić, a przy okazji wystrzelać całe zastępy zombie. Nie ma tutaj szczególnie rozbudowanych bohaterów, wielkich dylematów czy historii, dla której będę wracał do tej gry po latach. I szczerze mówiąc – wcale tego nie potrzebowałem.
Twórcy od początku puszczają do nas oko. Dialogi są przerysowane, bohaterowie mają sporo luzu, a całość przypomina trochę przesadzony film akcji, który ktoś postanowił nakręcić z myślą o fanach kina klasy B. W przypadku Toxic Commando takie podejście zwyczajnie pasuje. Nazwisko Johna Carpentera może jednak sugerować, że dostaniemy coś mocniej osadzonego w jego twórczości. I tutaj warto trochę ostudzić oczekiwania. Carpenter rzeczywiście współpracował przy grze, a jego wpływ najlepiej słychać w muzyce. Charakterystyczne syntezatory i brzmienie mocno kojarzące się z kinem lat 80. dobrze uzupełniają całą tę krwawą jatkę.
Nie oznacza to jednak, że dostaliśmy grową wersję The Thing czy innego filmu reżysera. Sama historia ma z jego filmografią niewiele wspólnego. Jest prosta, momentami głupkowata i świadomie przesadzona. I chyba właśnie taka powinna być.
Bo strzela się naprawdę przyjemnie. Toxic Commando to przede wszystkim kooperacyjny FPS, w którym najważniejsze jest przedzieranie się przez kolejne hordy przeciwników. Na początku wybieramy klasę, dobieramy broń i ruszamy w teren, a później właściwie od razu zaczyna się zabawa.
Schemat jest prosty. Trafiamy na mapę, wykonujemy kolejne zadania, zbieramy potrzebne rzeczy i przemieszczamy się w wyznaczone miejsce. Co jakiś czas gra zatrzymuje nas jednak na dłużej i wtedy zaczyna się właściwa jatka. Zombie pojawiają się z kolejnych stron, robi się coraz ciaśniej, a my musimy po prostu przetrwać. I właśnie w takich momentach gra pokazuje swoją najlepszą stronę. Hordy potrafią być naprawdę imponujące. Zombie przelewają się przez teren, wspinają jeden na drugiego i próbują dostać się do nas z każdej możliwej strony. Przyznam, że kilka razy po prostu zatrzymałem się na chwilę, żeby popatrzeć, jak wiele tego paskudztwa właśnie próbuje mnie zjeść. A później oczywiście trzeba było zrobić z nimi porządek.
Samo strzelanie daje sporo satysfakcji. Bronie mają odpowiedni ciężar, dobrze czuć ich różnice, a trafianie przeciwników jest przyjemne. Nie jest to może system, który wyznaczy nowe standardy dla pierwszoosobowych strzelanin, ale też nie musi. W tego typu grze chodzi przede wszystkim o to, żeby naciskanie spustu dawało frajdę, a tutaj zdecydowanie tak jest.
Do tego dochodzą pojazdy, które są jednym z ciekawszych elementów całej zabawy. Nie służą wyłącznie do szybszego przemieszczania się po mapie. Możemy wykorzystywać je również podczas walki, a poszczególne maszyny mają swoje zastosowania. Trzeba przy tym pamiętać o paliwie, więc nie zawsze możemy po prostu wsiąść do pierwszego lepszego samochodu i jechać przed siebie. Podoba mi się również konstrukcja samych map. Nie są to wyłącznie wąskie korytarze, w których gra prowadzi nas od jednego celu do drugiego. Jest trochę miejsca na zjechanie z głównej trasy, znalezienie dodatkowych zasobów czy po prostu rozejrzenie się po okolicy. Nie mamy tutaj oczywiście otwartego świata i bardzo dobrze. Nie tego oczekiwałem. Dzięki temu rozgrywka zachowuje odpowiednie tempo, a pomiędzy kolejnymi większymi starciami dostajemy chwilę oddechu. Szkoda tylko, że wraz z kolejnymi misjami zaczynamy coraz lepiej poznawać ten schemat i coraz trudniej jest się nim zaskoczyć.
Oczywiście nie kończymy na samym bieganiu (jeżdżeniu) po mapie i strzelaniu do wszystkiego, co próbuje nas zjeść. Pomiędzy kolejnymi misjami możemy rozwijać swoją postać, odblokowywać nowe możliwości i trochę lepiej przygotować się do tego, co czeka nas podczas następnego wypadu. Do wyboru mamy cztery klasy i każda z nich pozwala trochę inaczej podejść do walki. Możemy skupić się na zadawaniu obrażeń, leczeniu, wspieraniu drużyny albo bardziej defensywnej grze. Nie są to może najbardziej odkrywcze rozwiązania, ale podczas wspólnej zabawy robią różnicę. Jeżeli każdy z graczy wybierze coś innego i dobrze wykorzystuje swoje możliwości, większe starcia potrafią być naprawdę satysfakcjonujące.
Do tego dochodzą umiejętności, ulepszenia oraz rozwój wyposażenia. Początkowo sprawia to sporo frajdy, bo cały czas mam wrażenie, że moja postać staje się trochę skuteczniejsza. Z czasem zaczynam jednak zauważać, że spora część tego systemu ma przede wszystkim zachęcić mnie do ponownego rozgrywania tych samych misji. Im dalej w las, tym bardziej progresja zaczyna więc przypominać sposób na wydłużenie zabawy niż coś, co rzeczywiście mocno ją urozmaica.
I właśnie tutaj pojawia się największy problem tej produkcji. Na premierę otrzymaliśmy osiem właściwych misji oraz tutorial. To nie jest szczególnie dużo, zwłaszcza jeżeli ktoś podchodzi do Toxic Commando przede wszystkim jak do gry z kampanią, którą chce przejść od początku do końca. Pierwsze godziny potrafią jednak skutecznie to ukryć. Poznajemy klasy, bronie, przeciwników i kolejne elementy rozgrywki, więc cały czas mam poczucie, że jeszcze coś przede mną. Problem pojawia się wtedy, kiedy przestajemy dostawać nowe rzeczy i zaczynamy coraz dokładniej widzieć powtarzający się schemat.Jedziemy, szukamy, aktywujemy, bronimy, ruszamy dalej i za chwilę znowu musimy odpierać kolejną falę. Samo strzelanie nadal sprawia przyjemność, ale trudno nie zauważyć, że przydałoby się tutaj więcej różnorodności.
Nie oznacza to oczywiście, że po kilku godzinach nie ma już czego robić. Gra została pomyślana w taki sposób, żeby zachęcać do ponownego przechodzenia misji, rozwijania postaci i przede wszystkim grania w kooperacji. Jeżeli mamy ekipę, z którą dobrze się bawimy, ten problem jest zdecydowanie mniej odczuwalny.
Jeżeli jednak ktoś chce przede wszystkim przejść kampanię, zobaczyć napisy końcowe i odstawić grę na półkę, może poczuć niedosyt. Toxic Commando ma bardzo przyjemny fundament, ale momentami mam wrażenie, że twórcy nie mieli wystarczająco dużo pomysłów, żeby wykorzystać go na większą skalę.
I właśnie dlatego warto wspomnieć o tym, jak Toxic Commando sprawdza się w samotnej grze. Da się oczywiście przejść kampanię samemu i nie jest to produkcja, która wymaga zebrania pełnej ekipy przed rozpoczęciem pierwszej misji. Towarzyszą nam wtedy boty, które radzą sobie całkiem przyzwoicie, ale nie są w stanie zastąpić prawdziwych graczy. Bo w przypadku tej gry to właśnie wspólna zabawa daje najwięcej frajdy. Podczas większych starć każdy może zająć się czymś innym – jedna osoba leczy, druga skupia się na hordzie, ktoś pilnuje pozostałych członków drużyny, a jeszcze ktoś próbuje w ostatniej chwili uruchomić samochód, kiedy z każdej strony nadciągają zombie. W takich momentach robi się naprawdę chaotycznie, ale jest to ten przyjemny rodzaj chaosu, który sprawia, że chce się grać dalej. Samotnie wszystko staje się bardziej mechaniczne. Nadal dobrze się strzela, nadal mamy sporo przeciwników do pokonania, ale brakuje tego elementu współpracy i nieprzewidywalnych sytuacji, które pojawiają się wtedy, kiedy za pozostałych członków drużyny odpowiadają prawdziwi ludzie. Dlatego przed zakupem warto zastanowić się, czy mamy z kim w to grać. Jeżeli tak, Toxic Commando zyskuje naprawdę sporo. Jeżeli nie, szybciej zauważymy ograniczoną liczbę misji i powtarzalność całej zabawy.
Na szczęście sama oprawa potrafi jeszcze trochę tę powtarzalność przykryć. Gra wygląda dobrze, choć zdecydowanie nie jest to produkcja, którą odpalałbym znajomym wyłącznie po to, żeby pokazać możliwości PlayStation 5. Największe wrażenie robi oczywiście skala. Saber Interactive potrafi wrzucić na ekran naprawdę dużo przeciwników, a kiedy cała horda zaczyna pędzić w naszym kierunku, robi się efektownie. Zombie przelewają się przez kolejne fragmenty mapy, wspinają się jeden na drugiego, a do tego dochodzą eksplozje, pojazdy i cała reszta zamieszania.
Same lokacje prezentują się przyzwoicie, ale nie zawsze zachwycają różnorodnością. Część z nich jest dość podobna wizualnie i po pewnym czasie zaczynamy mieć wrażenie, że oglądamy kolejne wariacje tych samych miejsc. Przy takiej grze nie jest to może największy problem, bo większość czasu i tak spędzamy, patrząc przed siebie przez celownik, ale trudno nie pomyśleć, że można było wycisnąć z tego trochę więcej.
Podczas najbardziej intensywnych fragmentów zdarzają się również spadki płynności. Nie jest to coś, co pojawia się przez cały czas i nie przeszkadzało mi szczególnie w spokojniejszych momentach, ale przy grze, której jednym z głównych atutów jest właśnie liczba przeciwników na ekranie, trudno tego nie zauważyć.



Znacznie lepiej wypada natomiast udźwiękowienie. Broń brzmi odpowiednio, eksplozje mają odpowiednią moc, a odgłosy hordy dobrze budują atmosferę. Kiedy zombie zaczynają napierać z kilku stron jednocześnie, robi się naprawdę głośno i momentami można poczuć się jak w środku niezłego kina akcji. Najbardziej podoba mi się jednak muzyka, bo właśnie tutaj najlepiej słychać wpływ Johna Carpentera. Charakterystyczne syntezatory i brzmienie mocno kojarzące się z kinem lat 80. bardzo dobrze pasują do całej konwencji. Nie jest to oczywiście ścieżka dźwiękowa, dla której będę uruchamiał grę po raz kolejny, ale podczas zabawy robi dokładnie to, co powinna – dodaje całości charakteru.
Na plus mogę też zaliczyć polską wersję językową. Mamy polskie teksty i napisy, natomiast głosy pozostają angielskie. Samo tłumaczenie wypada całkiem nieźle i nie przypominam sobie momentów, w których coś szczególnie mocno wybijałoby mnie z rozgrywki. Zresztą przy tej fabule trudno oczekiwać wielkich literackich popisów. Dialogi mają przede wszystkim pasować do lekkiego, przerysowanego charakteru całej produkcji. Są żarty, jest sporo absurdu, a bohaterowie raczej nie prowadzą ze sobą rozmów, po których będziemy długo zastanawiać się nad sensem życia. I bardzo dobrze, bo tutaj najważniejsze jest to, żeby po krótkiej wymianie zdań ruszyć dalej i zająć się kolejną hordą.
Nie wszystko działa jednak równie dobrze i im dłużej gram, tym wyraźniej zaczynam dostrzegać największy problem tej produkcji – powtarzalność. Toxic Commando ma naprawdę przyjemny fundament, ale mam wrażenie, że twórcy nie mieli wystarczająco dużo pomysłów, żeby wykorzystać go w pełni. Osiem misji to niezbyt dużo, a kiedy znamy już większość mechanik i przeciwników, kolejne zadania zaczynają coraz bardziej przypominać te, które już wykonywaliśmy. Do tego dochodzi wspomniany wcześniej rozwój postaci i broni. Sam system jest całkiem przyjemny, ale z czasem coraz mocniej czuć, że jego zadaniem jest przede wszystkim zachęcenie nas do ponownego przechodzenia tych samych misji. Dla osób, które lubią grind i chcą maksymalnie rozwinąć swoją postać, może to być dodatkowa motywacja. Ja momentami miałem jednak wrażenie, że gra próbuje w ten sposób nadrobić niedobór zawartości. Historia również nie jest czymś, co będę wspominał długo po zakończeniu kampanii. Jest sympatycznie absurdalna i dobrze pasuje do całości, ale pozostaje przede wszystkim pretekstem do kolejnych strzelanin.
I chyba właśnie tego trochę szkoda najbardziej. Toxic Commando ma bardzo dobry pomysł na siebie, świetnie radzi sobie z dużymi hordami i potrafi dostarczyć sporo frajdy w kooperacji. Brakuje mu jednak większej różnorodności, żeby ta zabawa nie zaczęła po pewnym czasie kręcić się w kółko.
Czy warto?
John Carpenter’s Toxic Commando to po prostu solidny zombie shooter, który najlepiej pokazuje swoje możliwości podczas wspólnej zabawy. Strzelanie daje sporo frajdy, hordy potrafią robić wrażenie, pojazdy urozmaicają przemieszczanie się po mapach, a muzyka bardzo dobrze pasuje do całej konwencji.
Problemem jest przede wszystkim zawartość. Osiem misji to trochę mało, zadania z czasem zaczynają się powtarzać, a rozwój postaci momentami bardziej zachęca do grindu niż faktycznie urozmaica rozgrywkę. Fabuła również pozostaje tylko dodatkiem, który ma nas doprowadzić do kolejnego starcia.
Jeżeli lubicie zombie i macie ekipę do wspólnego grania, spokojnie mogę tę grę polecić. Nie jest to żadna rewolucja, ale potrafi dostarczyć kilka naprawdę dobrych godzin zabawy.
U mnie to wszystko wprost wybłagało ocenę rzędu 7/10. I chyba właśnie na tyle Toxic Commando zasługuje. To nei wielkie growe wydarzenie, to setki zombie, samochody, rakietnice i dużo funu. Ale akurat nie dla każdego. Chociaż jeśli przekonasz znajomych, aby również kupili swoją kopię – spokojnie możesz podnieść ocenę o jedno oczko.














