Są takie seriale, które włączasz trochę przypadkiem, bo Netflix podsunął ci je gdzieś między kolejnym kryminałem, dokumentem o seryjnym mordercy i reality show, którego istnienia nie potrafisz sobie później wytłumaczyć. A później okazuje się, że właśnie trafiłeś na coś naprawdę wyjątkowego.
Tak miałem z serialami stworzonymi przez Zerocalcare. I tak, zanim pójdziemy dalej, warto to wyjaśnić – Zerocalcare to pseudonim Michele Recha, włoskiego autora komiksów, który stworzył również trzy animowane seriale dostępne na Netflixie. I właśnie o tych serialach chcę dzisiaj napisać.
Bo moim zdaniem „Rozdarcie wzdłuż linii”, „Ten świat mnie nie złamie” i najnowsze „Moje trzy grosze” tworzą jedną z najciekawszych animowanych serii ostatnich lat. Formalnie są to osobne produkcje. Każda opowiada trochę inną historię i każda porusza inne problemy. Ale po obejrzeniu ich wszystkich trudno nie traktować ich jak jednej większej opowieści o dorastaniu, przyjaźni, lęku i tym, że człowiek może mieć trzydzieści kilka lat, własną pracę, mieszkanie i teoretycznie być dorosłym, a mimo wszystko nadal nie mieć zielonego pojęcia, co właściwie robi ze swoim życiem.
A wszystko to w świecie, w którym jednym z najważniejszych bohaterów jest gadający pancernik.
I uwierzcie mi – to ma więcej sensu, niż brzmi.
To nie jest po prostu kolejna animacja dla dorosłych
Największym problemem wielu animacji kierowanych do dorosłych jest to, że bardzo chcą nam udowodnić, że są właśnie dla dorosłych. Więc pojawia się dużo przekleństw, trochę krwi, trochę seksu, ktoś rzuci żartem, którego nie można było pokazać w produkcji dla dzieci i gotowe – mamy „animację dla dorosłych”.
Seriale Zerocalcare działają zupełnie inaczej. Tutaj animacja jest po prostu narzędziem do opowiadania historii. Dzięki niej lęk może przyjąć fizyczną formę, wspomnienie może nagle przejąć cały ekran, zwykła rozmowa może zamienić się w absurdalną metaforę, a główny bohater może dyskutować sam ze sobą za pomocą ogromnego gadającego pancernika.
I co najważniejsze – wszystko to działa. Bo pod tym całym chaosem kryją się bardzo ludzkie historie. Takie, w których prawdopodobnie każdy znajdzie coś dla siebie.
„Oderwij wzdłuż linii” – od tego wszystko się zaczęło
Pierwszy serial, „Strappare lungo i bordi”, który czyli „Oderwij wzdłuż linii”, to sześć krótkich odcinków, które początkowo wyglądają jak lekka, bardzo chaotyczna komedia. Poznajemy Zero – trzydziestokilkulatka, który razem ze swoimi przyjaciółmi, Sarah i Secco, jedzie pociągiem. W trakcie podróży zaczyna opowiadać o swoim życiu, dzieciństwie, dorastaniu, szkole, relacjach, błędach i przede wszystkim o wszystkich tych momentach, które człowiek pamięta przez lata, zastanawiając się później, czy gdyby wtedy zrobił coś inaczej, jego życie nie wyglądałoby dziś zupełnie inaczej.
Brzmi trochę poważnie i takie właśnie jest. Tylko że Zerocalcare potrafi opowiadać o tym w sposób, który ani przez chwilę nie jest nudny. Co chwilę pojawiają się absurdalne wizualne żarty, bohaterowie przeskakują między teraźniejszością a wspomnieniami, Zero analizuje rzeczy tak długo, że sam zaczyna się w tym wszystkim gubić, a jego własne sumienie przyjmuje postać gadającego pancernika.
Pancernik jest zresztą jednym z najlepszych pomysłów całej serii. To właściwie głos w głowie głównego bohatera – czasami rozsądny, czasami kompletnie absurdalny, czasami pomocny, a czasami tylko dokładający kolejną warstwę do już i tak ogromnej katastrofy, którą Zero zdążył sobie stworzyć we własnej głowie. Czyli, mówiąc krótko, dokładnie tak, jak działa większość naszych wewnętrznych monologów.
Ale „Oderwij wzdłuż linii” ma jeszcze coś. Nie chcę tutaj zdradzać za dużo, bo jeśli jeszcze tego nie widzieliście, warto wejść w tę historię kompletnie bez przygotowania. Powiem tylko tyle, że serial, który przez większość czasu potrafi być naprawdę zabawny, pod koniec nagle zmienia swój ciężar. I robi to fantastycznie. To jedna z tych historii, po których zaczynasz patrzeć na wcześniejsze wydarzenia trochę inaczej, a później przez chwilę po prostu siedzisz i myślisz.
„Świat mnie nie pokona” – ten sam świat, ale znacznie cięższe tematy
Po pierwszym serialu można było pomyśleć, że dostaliśmy zamkniętą historię. Na szczęście nie. Kolejna produkcja – „Świat mnie nie pokona” – wraca do tego samego świata i tych samych bohaterów, ale tym razem Zerocalcare idzie w znacznie bardziej polityczną i społeczną stronę.
Zero, Sarah i Secco nadal są tutaj najważniejszymi postaciami, ale do ich życia wraca również Cesare – dawny znajomy, który po trudnych doświadczeniach zaczyna zbliżać się do środowisk skrajnej prawicy. I tutaj serial zaczyna zadawać pytania znacznie trudniejsze niż te z pierwszej serii. Co sprawia, że człowiek zaczyna wierzyć w określone rzeczy? Jak łatwo jest przesunąć własne granice? Czy przyjaźń może przetrwać wszystko? I co robimy w momencie, w którym ktoś, kogo znamy od lat, zaczyna iść drogą, której kompletnie nie rozumiemy albo po prostu nie potrafimy zaakceptować?
„Świat mnie nie pokona” nie zamienia się przy tym w polityczny wykład i całe szczęście. Zerocalcare nadal opowiada historię po swojemu. Jest humor, jest absurd, są świetne dialogi i charakterystyczne wizualne metafory, ale tym razem pod spodem czuć znacznie większe napięcie.
To serial o polityce, ale przede wszystkim o ludziach. O tym, jak łatwo jest mówić o swoich wartościach i jak trudno jest ich później bronić, zwłaszcza wtedy, gdy wymaga to czegoś więcej niż napisania mądrego komentarza w internecie. Dla mnie to właśnie tutaj cały świat tej serii naprawdę się rozwinął. Pierwszy serial był bardzo osobisty. Drugi nadal jest osobisty, ale zaczyna patrzeć znacznie szerzej, bo nagle okazuje się, że nie da się całkowicie oddzielić własnych problemów od tego, co dzieje się za oknem.
„Moje trzy grosze” – kolejny powrót do świata, który naprawdę polubiłem
I w końcu dostajemy trzeci serial – „Moje trzy grosze”. Ponownie wracamy do świata, który po dwóch wcześniejszych seriach stał się już zaskakująco znajomy. I to jest chyba największa siła tej produkcji, bo po pewnym czasie Zero, Sarah i Secco przestają być po prostu bohaterami serialu. Zaczynasz traktować ich trochę jak znajomych.
Wiesz mniej więcej, jak zareagują. Wiesz, że Zero prawdopodobnie zacznie analizować najprostszą decyzję tak długo, aż całkowicie przestanie wiedzieć, o co w ogóle chodziło. Wiesz, że jego głowa znowu stworzy z jakiegoś drobiazgu problem na skalę końca świata. I wiesz, że nawet jeśli wszystko będzie wyglądało absurdalnie, to gdzieś pod tym wszystkim pojawi się coś naprawdę trafnego.
„Moje trzy grosze” ponownie dotyka tematów, które są bliskie całej tej serii – lęku, presji i poczucia, że wszyscy inni jakoś lepiej radzą sobie z życiem. Tego dziwnego momentu, kiedy patrzysz na ludzi wokół siebie i zastanawiasz się, czy tylko ty nie dostałeś instrukcji obsługi dorosłości. Bo przecież wszyscy wydają się wiedzieć, co robią. Mają plany, poglądy, cele, wiedzą, gdzie będą za pięć lat, a ty zastanawiasz się, czy dzisiaj powinieneś odpisać na wiadomość, którą dostałeś trzy dni temu.
I właśnie dlatego tak dobrze działa ten serial. Zerocalcare potrafi wziąć bardzo konkretny problem i pokazać go w sposób, który jest jednocześnie absurdalny i boleśnie znajomy.
Trzy seriale, które najlepiej oglądać razem
Oczywiście można obejrzeć każdą z tych produkcji osobno, ale naprawdę polecam zacząć od początku. Najpierw „Oderwij wzdłuż linii”, później „Świat mnie nie pokona”, a następnie „Moje trzy grosze”. Dopiero wtedy naprawdę widać, jak dobrze te historie ze sobą współgrają.
Zmieniają się tematy, zmienia się perspektywa, zmienia się ciężar opowieści, ale bohaterowie pozostają ci sami. I razem z nimi zmienia się również sposób, w jaki patrzymy na ten świat.
To nie jest klasyczna trylogia, w której dostajemy jedną wielką historię podzieloną na trzy części. Bardziej przypomina to trzy różne momenty z życia tych samych ludzi. Trzy historie, które razem tworzą większy obraz. Dlatego po obejrzeniu wszystkich seriali naprawdę trudno nie mieć ochoty na więcej.
Bardzo włoski świat, który okazuje się zaskakująco uniwersalny
Jedną z najlepszych rzeczy w tych serialach jest to, że one w ogóle nie próbują być uniwersalne na siłę. Wręcz przeciwnie – są bardzo włoskie. Mamy konkretny Rzym, konkretne dzielnice, konkretną kulturę, język i problemy społeczne. A mimo to wszystko działa również wtedy, gdy oglądasz serial tysiące kilometrów dalej.
Bo lęk nie potrzebuje tłumaczenia. Podobnie jak prokrastynacja, strach przed podjęciem złej decyzji czy poczucie, że wszyscy wokół jakoś ogarnęli życie, tylko ty nadal stoisz w miejscu.
Zerocalcare stworzył więc serialowy świat, który jest bardzo konkretny, ale emocjonalnie zaskakująco uniwersalny. I być może właśnie dlatego tak dobrze trafia do widzów spoza Włoch.
Animacja, która potrafi rozbawić, a chwilę później zaboleć
Najbardziej lubię w tych serialach to, że nigdy nie wiadomo, kiedy żart zamieni się w coś znacznie poważniejszego. Możesz śmiać się z absurdalnej sceny, chwilę później oglądać wspomnienie z dzieciństwa, a za moment dostaniesz coś, co nagle przypomni ci o własnym życiu.
I to właśnie jest największa siła całej serii. Zerocalcare nie robi animacji tylko po to, żeby nas rozbawić, ale też nie próbuje za każdym razem powiedzieć czegoś wielkiego i ważnego. Po prostu pokazuje życie. Czasami śmieszne, czasami idiotyczne, czasami naprawdę trudne i bardzo często kompletnie chaotyczne.
Czyli dokładnie takie, jakie jest. Wspomniałem o pancerniku – nie jest tu oczywiście jedynym „zwierzakiem”, gdyż „Zero” często przykleja innym ludziom etykiety w zależności od ich zachowań, np. jego matka w rzeczonej animacji nie jest człowiekiem, a non stop gdaczącą kurą.
Jedna z najlepszych animowanych serii Netflixa
Po obejrzeniu wszystkich trzech produkcji naprawdę mam problem, żeby wskazać inną współczesną animowaną serię, która w tak prosty i naturalny sposób potrafiłaby połączyć humor, emocje, politykę, przyjaźń i codzienne problemy, a przy tym nadal pozostać sobą.
Bo te seriale mają własny styl, własny język, własne tempo i przede wszystkim własny głos. Nie są kolejną produkcją, którą można opisać jako „trochę jak ten serial, ale z dodatkiem tamtego”. Ten świat jest po prostu swój.
I jeśli jeszcze nie widzieliście żadnej z tych trzech serii, naprawdę zazdroszczę wam, że możecie wejść do tego świata po raz pierwszy. Bo zaczyna się niewinnie. Od kilku krótkich odcinków, bardzo specyficznej kreski, typa, który zdecydowanie za dużo myśli, i gadającego pancernika.
A później nagle orientujecie się, że oglądacie jedną z najciekawszych animowanych opowieści ostatnich lat.
I że po skończeniu ostatniego odcinka naprawdę nie chcecie jeszcze wychodzić z tego świata.
Ja zdecydowanie nie chciałem.
ps. w ogóle wszystkie głosy w opisywanych serialach to głosy męskie. Czy matki czy dziewczyny czy jakiejkolwiek kobiety – i fajnie to brzmi, gdy już się zorientujemy. W ciekawy i niezwykły sposób buduje to narracje głównego bohatera, trochę jakby wszystkich przedrzeźniał lub po prostu opowiadał ich myśli swoim modulowanym głosem.














