Są bohaterowie, których po prostu lubię, ale są też tacy, którzy przez lata stali się dla mnie czymś znacznie ważniejszym. Batman od dawna należy do tej drugiej grupy. Obok Spider-Mana to mój ulubiony komiksowy bohater i właśnie dlatego do kolejnych jego interpretacji podchodzę z jednej strony z dużą ciekawością, a z drugiej z pewną ostrożnością. Trudno przecież udawać, że Batman potrzebuje dzisiaj jeszcze jednej historii o traumie, kolejnej wersji Gotham czy następnego wariantu tego samego bohatera. Przez ponad osiemdziesiąt lat zrobiono z nim już chyba wszystko. Kiedy więc po raz pierwszy zobaczyłem zapowiedzi Absolute Batman, pomyślałem przede wszystkim: okej, to wygląda interesująco, ale czy naprawdę potrzebujemy kolejnego Batmana? Po przeczytaniu pierwszego tomu odpowiedź jest dla mnie bardzo prosta – tak, jak najkardziej potrzebowaliśmy.
Scott Snyder podszedł do sprawy znacznie mądrzej niż zwykłym „zróbmy Batmana inaczej”. Zamiast tylko zmienić mu kostium czy dorzucić kilka nowych elementów, zabrał się za fundamenty tej postaci. Ten Bruce Wayne nie ma ogromnej fortuny, nie siedzi na szczycie społecznej hierarchii i nie może rozwiązać każdego problemu za pomocą pieniędzy, technologii czy dostępu do swoich zasobów. Jest znacznie bardziej przyziemny, fizyczny i samodzielny, a przede wszystkim musi sobie poradzić w świecie, w którym nie dostaje na start wszystkich narzędzi, które przez dekady były nieodłączną częścią historii Batmana. I właśnie to jest największą siłą tego pomysłu, bo Snyder nie zapomina przy tym, dlaczego Batman w ogóle działa. Pod wszystkimi zmianami nadal znajduje się Bruce Wayne, który jest piekielnie inteligentny, zdeterminowany i gotowy zrobić wszystko, żeby nie dopuścić do tego, by inni przechodzili przez to, przez co sam przeszedł. Zmienia się otoczenie, zmieniają się zasady, zmienia się jego pozycja, ale pozostaje najważniejsze – człowiek, który po traumie postanowił wykorzystać ją jako motywację do walki ze złem. Dzięki temu Absolute Batman nie jest sztucznym eksperymentem mającym udowodnić, że da się zrobić Batmana na sto różnych sposobów. To nadal Batman, tylko pozbawiony części elementów, które przez lata zaczęliśmy traktować jako coś oczywistego.
Co więcej, bardzo podoba mi się to, że Snyder nie wykłada wszystkiego od razu. Czytelnik zna Batmana, zna Gotham i wie mniej więcej, czego się spodziewać, ale jednocześnie przez cały czas pojawia się poczucie, że coś tu jest przesunięte o kilka centymetrów względem dobrze znanej rzeczywistości. To właśnie sprawia, że chce się czytać dalej, bo nawet rzeczy, które wydają się znajome, mogą za chwilę dostać zupełnie inne znaczenie. I to chyba największa sztuka tej serii – zachować rozpoznawalność bohatera, a jednocześnie sprawić, żeby czytelnik nie miał poczucia, że po raz kolejny czyta dokładnie tę samą historię.
Muszę też przyznać, że do wyglądu tego Batmana potrzebowałem chwili. Nick Dragotta dostał zadanie stworzenia bohatera, którego trudno pomylić z jakąkolwiek wcześniejszą wersją, dlatego jego Batman jest ogromny, szeroki, potężny i momentami wręcz przesadzony (ajkbym oglądał Reachera na Amazon Prime). Do tego dochodzi charakterystyczny kostium, który wygląda zdecydowanie bardziej surowo niż klasyczne wersje stroju, a zamiast całego technologicznego arsenału dostajemy sprzęt, który pasuje do tej konkretnej wersji Bruce’a. I o ile na pierwszych grafikach zastanawiałem się, czy ten pomysł rzeczywiście zda egzamin, o tyle podczas lektury kompletnie mnie kupił. Ten Batman wygląda świetnie, a co ważniejsze – jego wygląd ma uzasadnienie w świecie przedstawionym. Nie jest wielki i potężny tylko dlatego, że twórcy chcieli zrobić z niego bardziej „badassową” wersję. Jego fizyczność staje się częścią tej historii i sposobu, w jaki funkcjonuje. To ktoś, kto nie ma za sobą całej armii technologów i milionów dolarów, więc jego ciało, przygotowanie i własnoręcznie tworzone narzędzia są jego największą przewagą.
Dragotta świetnie radzi sobie również z dynamiką. Ten komiks naprawdę dobrze się czyta, szczególnie kiedy akcja przyspiesza. Batman jest ciężki, brutalny i ma w sobie coś niepokojącego, a jednocześnie bohater nie traci charakterystycznej sylwetki, dzięki której od razu wiemy, z kim mamy do czynienia. Frank Martin bardzo dobrze uzupełnia jego rysunki kolorami, a całość jest po prostu niezwykle czytelna. W efekcie Absolute Batman jest jednym z tych komiksów, przy których kilka razy zdarzyło mi się zatrzymać na pojedynczym kadrze tylko dlatego, że wyglądał naprawdę dobrze. To po prostu świetnie narysowana seria, która bardzo dobrze wykorzystuje większą skalę i pozwala Dragotcie bawić się zarówno samą sylwetką Batmana, jak i dynamiką jego ruchów.
Cały ten efekt nie byłby jednak wiele wart, gdyby za świetnymi rysunkami nie szła dobra historia. Na szczęście tutaj również jest bardzo dobrze. Scott Snyder zna Batmana doskonale i dzięki temu może pozwolić sobie na jego bardzo daleko idącą zmianę bez zgubienia najważniejszych cech postaci. Najbardziej podoba mi się przede wszystkim to, że Bruce nie jest tutaj kolejną wersją wszechwiedzącego superbohatera, który już od pierwszych stron dokładnie wie, co robi i zawsze ma przygotowany plan na wszystko. Ten Batman dopiero się kształtuje. Popełnia błędy, szuka własnej metody i próbuje zrozumieć, jak funkcjonować w świecie, którego nie może kontrolować. Dzięki temu łatwiej mi było się z nim związać. W klasycznych historiach Batman bardzo często jest już symbolem, legendą i kimś stojącym kilka kroków przed wszystkimi przeciwnikami. Tutaj znacznie mocniej czuć człowieka znajdującego się pod maską. To wciąż bohater, który potrafi być brutalny i skuteczny, ale jednocześnie nie jest pozbawiony emocji (chociaż ta wersja jest jeszcze większym milczkiem niż poprzednie).
Snyder bardzo dobrze balansuje przy tym mrok z bardziej osobistymi momentami, dzięki czemu komiks nie zamienia się w pustą serię efektownych walk. I właśnie dlatego tak dobrze rozumiem, skąd wzięło się całe zamieszanie wokół tej serii. Absolute Batman nie jest hitem tylko dlatego, że ktoś wymyślił Batmana z siekierą. Ten pomysł byłby interesujący może przez pięć minut. Największą siłą tej serii jest to, że za efektowną warstwą wizualną idzie przemyślana reinterpretacja całej postaci. Snyder bierze elementy, które znamy od dekad, rozbiera je na części i składa ponownie w taki sposób, żeby były świeże, ale nadal kojarzyły się z Batmanem. Zmusza nas do zadania sobie pytania – jak bardzo można Batmana pozbawić charakterystycznych cech, aby nadal był Batmanem?
Nic więc dziwnego, że już pierwszy numer zrobił gigantyczne zamieszanie na rynku i został najlepiej sprzedającym się komiksem 2024 roku. Jeszcze ważniejsze jest jednak to, że zainteresowanie nie skończyło się po pierwszym numerze. Absolute Batman utrzymał zainteresowanie czytelników i szybko przestał być wyłącznie ciekawostką z nowej linii DC, a zaczął funkcjonować jako jedna z najważniejszych współczesnych serii wydawnictwa. Określenie jednego z największych komiksowych hitów ostatnich lat nie wzięło się więc wyłącznie z marketingu. Za sukcesem stoi zarówno ogromne zainteresowanie czytelników, jak i fakt, że seria faktycznie dała Batmanowi coś, czego bardzo potrzebował – poczucie świeżości. Warto też wspomnieć, że u nas seria okazała się mocno niedoszacowana i recenzowany tu pierwszy numer wyprzedał się w kilka dni, a to co zostało wpadło w ręce scalperów, którzy w serwisach aukcyjnych zawyżają jego cenę i trzykrotnie.
Po przeczytaniu pierwszego tomu nie powiedziałbym jednak, że jest to najlepszy Batman, jakiego kiedykolwiek dostałem, bo na takie stwierdzenie jest jeszcze zdecydowanie za wcześnie. Pierwszy tom ma przede wszystkim pokazać nowy punkt wyjścia i sprawdzić, czy chcemy zobaczyć, co będzie dalej. U mnie Nietoperz zdał ten test bez większych problemów. Najbardziej cieszy mnie to, że po tylu latach czytania historii o Batmanie znowu miałem poczucie odkrywania czegoś nowego. Nie musiałem dostawać zupełnie nowego bohatera, bo wystarczyło zmienić warunki, w których funkcjonuje. To prosty pomysł, ale wykonany zaskakująco dobrze. Absolute Batman jest jednocześnie znajomy i świeży, brutalny, ale nie pozbawiony emocji, efektowny wizualnie, ale nie oparty wyłącznie na obrazkach.
I chyba najlepszą rekomendacją będzie to, że przed lekturą byłem po prostu ciekawy tej serii, a po lekturze chcę przeczytać więcej. To różnica zasadnicza. Nie mam tutaj poczucia, że pierwszy tom pokazał mi wszystko, co miał do zaoferowania. Wręcz przeciwnie – mam wrażenie, że dopiero przygotował grunt pod coś większego. Dla mnie, jako fana Batmana, to wystarczy. Absolute Batman nie próbuje zastąpić klasycznego Mrocznego Rycerza. Nie musi. To jego zupełnie nowa interpretacja, która bierze dobrze znaną postać i zadaje jej kilka bardzo interesujących pytań. Scott Snyder odpowiada na nie świetnym scenariuszem, Nick Dragotta nadaje temu wszystkiemu własną, bardzo charakterystyczną formę, a ja po pierwszym tomie mogę powiedzieć tylko jedno – zostałem fanem tej serii i zdecydowanie będę chciał sprawdzić, dokąd ona zmierza.
Batman pozostaje jednym z moich ulubionych bohaterów. I chyba właśnie dlatego najbardziej cieszy mnie, kiedy ktoś chce pokazać mi go w sposób, którego jeszcze nie znałem. Absolute Batman właśnie to robi.













