Nie ukrywam, że polskie seriale medyczne nie należą do gatunków, po które sięgam szczególnie często. Lubię jednak produkcje opowiadające o ludzkich dramatach, trudnych decyzjach i sytuacjach, w których stawką jest ludzkie życie, a o jego ocaleniu mogą decydować pojedyncze sekundy. Znieczulenie, czyli pierwszy polski serial medyczny Netflixa, okazało się pod tym względem naprawdę pozytywnym zaskoczeniem. Pierwszy sezon obejrzałem już kilka tygodni przed oficjalną premierą, dzięki udostępnieniu mi wszystkich odcinków przez Netflix, za co serdecznie dziękuję.
Punktem wyjścia jest historia Dawida Łazarza, wybitnego neurochirurga, którego kariera w prestiżowej klinice kończy się po nieudanej operacji. Lekarz trafia do szpitala powiatowego, gdzie musi odnaleźć się w zupełnie innych warunkach, wśród ludzi przyzwyczajonych do własnych zasad i sposobów pracy. Łazarz nie należy przy tym do najbardziej pokornych osób, a jego podejście do medycyny nie zawsze idzie w parze z obowiązującymi procedurami. I właśnie z tego pomysłu serial potrafi wyciągnąć całkiem sporo, dając nam polską wersję genialnego Doktora House’a, nie mniej zresztą zgryźliwego.
Największą siłą Znieczulenia są oczywiście wątki medyczne. Operacje, poważne urazy, nagłe wypadki i ludzkie tragedie pokazano z dużą dbałością o szczegóły. Nie jest to kolejny serial, w którym lekarze przez większość czasu spacerują po korytarzach, rozmawiają o swoich problemach, a medycyna stanowi jedynie dekorację. Tutaj faktycznie czuć, że mamy do czynienia ze szpitalem, w którym nieustannie coś się dzieje. Kolejne przypadki potrafią zaangażować, a niektóre sceny operacji oglądałem z naprawdę dużym zainteresowaniem. Twórcy umiejętnie budują napięcie, szczególnie wtedy, kiedy sytuacja pacjenta staje się coraz bardziej skomplikowana, a lekarze muszą podejmować trudne decyzje.
Zresztą już pierwsza duża scena, przedstawiająca wykolejenie pociągu, pokazuje, że produkcja nie zamierza bawić się w półśrodki. To naprawdę ambitnie zrealizowany fragment, który robi wrażenie rozmachem, sposobem filmowania i wykorzystaniem efektów specjalnych. Jak na polskie realia jest wyjątkowo dobrze, a niektóre rozwiązania wizualne prezentują się nawet ciekawiej niż w Heweliuszu (innym serialu Netflixa). Nie twierdzę, że każdy efekt jest tutaj perfekcyjny, ale cała sekwencja ma odpowiednią skalę, wygląda przekonująco i przede wszystkim spełnia swoje zadanie. Od samego początku czujemy, że sytuacja jest poważna, a na ekranie rozgrywa się prawdziwa katastrofa, której konsekwencje będą odczuwalne również przez kolejne postaci.
Podoba mi się również sposób prowadzenia poszczególnych odcinków. Serial nie ogranicza się wyłącznie do jednego przypadku medycznego, który zostaje rozwiązany przed napisami końcowymi. Poszczególne historie pacjentów przeplatają się z dłuższymi wątkami bohaterów, dzięki czemu szpital funkcjonuje jako coś więcej niż miejsce, do którego przychodzą kolejne osoby wymagające pomocy. Nie wszystkie przypadki mają jednak taką samą siłę oddziaływania, a niektóre historie wypadają zdecydowanie ciekawiej od pozostałych. Mimo to medyczna część produkcji jest na tyle angażująca, że nie miałem większego problemu z przechodzeniem do kolejnych odcinków. Co ważne, serial potrafi również pokazać emocjonalną stronę pracy lekarzy, odpowiedzialność za podejmowane decyzje i fakt, że za każdą historią medyczną stoi konkretny człowiek oraz jego rodzina.
Niestety, nie wszystko działa równie dobrze. I tutaj dochodzimy do największego problemu Znieczulenia, czyli wątków prywatnych i prywatno-służbowych. Samo życie osobiste bohaterów nie przeszkadza mi jakoś szczególnie. Rozumiem, że nie można przez cały sezon oglądać wyłącznie operacji, a postacie potrzebują również własnych historii, relacji i zmartwień. Problem zaczyna się w momencie, kiedy scenariusz próbuje za wszelką cenę dołożyć do tego kolejną warstwę konfliktu. Szczególnie chodzi mi o wątek wścibskiego prokuratora, który w moim odczuciu został napisany kompletnie bez sensu. Jego ingerowanie w wydarzenia wydaje się niepotrzebne, sztucznie rozciągnięte i pozbawione odpowiedniego uzasadnienia. Nie widzę tutaj przekonujących przesłanek, które tłumaczyłyby takie zaangażowanie, a kolejne sceny z jego udziałem zamiast budować napięcie, zwyczajnie mnie irytowały. Zresztą, zupełnie szczerze – nie pasował mi sam aktor, w głowie do takich ról mam inne, bardziej znane i ciekawsze twarze.
Mam wręcz wrażenie, że scenarzyści bardzo dobrze wiedzieli, co chcą opowiedzieć w szpitalu, ale poza nim koniecznie potrzebowali dodatkowego konfliktu. I zamiast stworzyć coś równie interesującego, otrzymaliśmy wątek, który momentami wygląda, jakby pochodził zlosowego odcinka Na dobre i na złe. Szkoda, bo Znieczulenie naprawdę nie potrzebuje takich atrakcji. Medyczne historie, trudne decyzje, relacje z żoną i charakter samego Łazarza w zupełności wystarczają, żeby utrzymać zainteresowanie widza.
Na szczęście aktorsko jest naprawdę dobrze. Leszek Lichota świetnie odnajduje się w roli Dawida Łazarza. Jego bohater jest pewny siebie, momentami arogancki, ale jednocześnie trudno odmówić mu umiejętności i zaangażowania. Aktor dobrze pokazuje tę mieszankę zawodowej pewności siebie, uporu i odpowiedzialności, która sprawia, że nie jest to po prostu kolejny sympatyczny lekarz z telewizji. Karolina Gruszka wnosi do obsady naturalność i odpowiednią dawkę emocji, Aleksandra Popławska wyróżnia się wyrazistością i ekranową charyzmą, a naprawdę wyróżniająca się Masza Wągrocka (w roli ratowniczki) dobrze odnajduje się w swojej roli, dodając historii nieco młodszej energii. Filip Kowalewicz (najmłodsza rola) również wypada przekonująco i nie ginie wśród bardziej doświadczonych nazwisk.
Warto docenić także Dorotę Kolak, która jak zwykle potrafi nadać swojej postaci odpowiednią wiarygodność, oraz Krzysztofa Stelmaszyka, którego obecność dodaje obsadzie aktorskiego ciężaru. To jeden z tych przypadków, w których obsada jest po prostu mocnym punktem produkcji i trudno wskazać kogoś, kto wyraźnie odstawałby od reszty (no, może pana prokuratora, ale to już chyba kwestia gustu).
Od strony realizacyjnej również nie mam większych powodów do narzekania. Zdjęcia dobrze oddają szpitalną atmosferę, a sceny medyczne zostały nakręcone w sposób, który pozwala widzowi poczuć ich ciężar. Montaż pomaga utrzymać odpowiednie tempo, szczególnie w bardziej dynamicznych fragmentach, a muzyka dodatkowo podkreśla emocje, nie próbując nieustannie narzucać widzowi tego, co powinien czuć. Najważniejsze jest jednak to, że wszystkie te elementy współpracują ze sobą i nie odciągają uwagi od najważniejszego, czyli historii ludzi, którzy trafiają do szpitala. Jeśli miałbym się do czegoś przyczepić, to chyba nigdy nie widziałem tak czystego i profesjonalnego szpitala – nawet sceny na SOR czy w poczekalniach przychodni nie są tak… no, naturalnie chaotyczne jak w prawdziwym życiu.
Czy Znieczulenie jest serialem idealnym? Zdecydowanie nie. Ma kilka scenariuszowych problemów, a niektóre poboczne historie sprawiają wrażenie niepotrzebnie rozbudowanych. Mimo wszystko jest to bardzo ciekawa produkcja, szczególnie dla osób, które lubią seriale medyczne, mocne sceny operacji, dramatyczne sytuacje i historie pokazujące, jak niewiele czasami potrzeba, żeby ludzkie życie całkowicie się zmieniło.
Ja zdecydowanie zaliczam pierwszy sezon do udanych. Największą frajdę sprawiały mi wszystkie medyczne aspekty produkcji, świetnie zrealizowana katastrofa kolejowa i bardzo dobra praca aktorów. Gdyby tylko scenarzyści trochę bardziej zaufali własnemu pomysłowi i odpuścili sobie niektóre poboczne konflikty, byłoby jeszcze lepiej. Znieczulenie ma jednak solidne podstawy, żeby stać się jedną z ciekawszych polskich produkcji medycznych. Ocena: 8/10.














