Większość moich znajomych kręci nosem, gdy tylko słyszy, że do kin wchodzi jakiś polski film. Generalnie nie jestem tym faktem wielce zdziwiony, bo nawet nie chodzi o to, że nasze rodzime produkcje reprezentują sobą stosunkowo niski poziom – od pewnego czasu jest to oczywiście nieprawda, bo musicie wiedzieć, że nasza kinematografia jest od kilku lat całkiem niezła niezła i różnorodna. Doszukiwałbym się tu raczej tego, że królują u Nas w przeważającej części komedie romantyczne w dodatku wypuszczane naprzemiennie ze smutnymi i krwawymi dramatami wprost z PRL-u w klimatach ponurych pijackich blokowisk. Nic dziwnego, że mało kto chce takie rzeczy oglądać. Okazuje się jednak, że przeciętny widz mało jeszcze wie o świecie kina, a takim przykładem jest właśnie Juliusz, którego miałem okazje zobaczyć podczas specjalnego pokazu przedpremierowego. Dodam, że zdążyłem go już nazwać Dniem Świra w wersji light. Zaintrygowani? Zapraszam do recenzji!

Juliusz to komediodramat opowiadający o samotnym facecie w średnim wieku, który podczas pewnego nietypowego przyjęcia poznaje “ją” – uroczą blondynkę prowadzącą klinikę weterynaryjną. Ona też do najbardziej standardowych kobiet nie należy, więc wkrótce rodzi się między nimi pewna magiczna zażyłość. Pech jednak w tym, że wspomniana dziewczyna popada w długi u gangsterów…

Fabuła może zbyt odkrywcza nie jest, ale szczerze Wam powiem, że bawiłem się na Juliuszu wyśmienicie. Co najważniejsze film ma fantastyczne i bardzo inteligentne dialogi, napisane przez samego mistrza polskiego stand up czyli Abelarda Gizę. Te są nienachalne, śmiałe i bardzo, ale to bardzo naturalne. Sam scenariusz skupia się przede wszystkim na trudnych relacjach z ojcem alko-sekso-holikiem, ogólnym obrazie społeczeństwa i mocno niecodziennej historii miłosnej, która już od pierwszych chwil sprawia, że w głowie widza pojawia się pytanie: a jak ja zachowałbym się na miejscu Juliusza? Wspomniałem o “Dniu Świra w wersji light” i nie jest to słowo na wyrost: cięte riposty, słodko-gorzkie sytuacje, sceny jakby trochę na wyrost, a jednocześnie bardzo ludzkie, prawdopodobne. Mniej tu oczywiście czystego dramatu i patetyczności, a więcej podejścia na miękko, gdzie główny bohater nie wydaje się nam bucowaty, a niejako po prostu rozkoszny. Jeśli miałbym się do czegoś przyczepić to może do zbyt łatwego porzucania pewnych wątków, ale tak ogólnie wszystko jest na swoim miejscu. Juliusz nie tylko bawi, ale również wzrusza i skłania do refleksji. Warto jednak z góry powiedzieć, że jest to raczej film dla dorosłych widzów, bo nie tylko żyje przekleństwami, ale także seksem.

W rolach głównych wystąpili: Wojciech Mecwaldowski, Jan Peszek, Anna Smołowik, Rafał Rutkowski, Jerzy Skolimowski, Maciej Stuhr, Andrzej Chyba, Krzysztof Materna czy Paulina Gałązka. Moim zdaniem lista płac jest dość niespotykana i z pewnością świadczy o tym, że Juliusz musi być produkcją niecodzienną, nastawioną na pewny rodzaj wewnętrznej jakości, a nie na tanią obsadę, którą rozpoznaje wyłącznie widz programów z celebrytami w tle. Jest więc wyjątkowo smacznie, a wszystko to dzięki rewelacyjnej roli Wojciecha Mecwaldowskiego, który jako Juliusz wypada nie tylko wiarygodnie, ale co najważniejsze bardzo naturalnie. To jest już ten poziom aktorstwa, gdy artysta faktycznie staje się swoją postacią i widać to w każdym jego ruchu, w każdym spojrzeniu i geście. Moim zdaniem absolutna perełka tego roku i mam nadzieję, że ten fakt nie przejdzie bez echa. Partnerująca mu Anna Smołowik to uosobienie uroku, talentu i seksapilu. Byłem oczarowany każdą sceną w której się pojawiała, a jej zachrypnięty głos przywodził mi na myśl najlepsze role Edyty Olszówki. Panią Anię widziałem już w kilku wielkich filmach (Chemia, Demon, Podatek od miłości), ale dopiero teraz totalnie się w niej zakochałem i z całą pewnością oraz wypiekami na twarzy będę śledził jej karierę. Warto również wspomnieć o partnerującym wspomnianej parze Rafale Rutkowskim, który wszak jest doskonałym aktorem komediowym i samą swoją obecnością potrafi rozładować nawet największe filmowe napięcie. Jego rola z całą pewnością nadaje Juliuszowi właściwego kolorytu i lekkości. To o tyle piękne, że nie każdy poradziłby sobie z takim obciążeniem. Warto również pokłonić się przed rolą Pana Jana Peszka, który na swoich barkach uniósł ciężar dramatycznej strony recenzowanej produkcji. W roli wiecznie pijanego, uzależnionego od seksu ojca głównego bohatera – smucił i dołował, ale także bawił. A co najważniejsze nigdy nie pozwolił swojemu aktorstwu przegiąć w zbyt jaskrawą stronę i pozostał postacią bardzo niejednoznaczną, wielowymiarową

Juliusz jest produkcją bardzo przyjemną, świetnie wyreżyserowaną, doskonałą również jeśli chodzi o scenografie – dzięki odpowiedniemu oświetleniu jego wydźwięk jest zdecydowanie pozytywniejszy niż mógłby być. Dekoracje są świetnie dobrane, stonowane i budują ciepły, przyjemny, ale miejscami bardzo “ludzki” klimat. Naturalność wylewa się z każdej sceny. W odróżnieniu od innych Polskich filmów również warstwa dźwiękowa daje radę, tak więc wszystkie dialogi słyszymy i rozumiemy bez najmniejszego problemu. Może dziwnie brzmi w recenzji filmu wspominanie dźwięku, ale fanom naszego kina nie trzeba tłumaczyć, że czasami ten aspekt niszczy całą magię.

Wracając na chwilę do scenariusza wpływ Abelarda Gizy widać na każdym kroku: żarty są niekiedy brutalne, ale zawsze celne. Bywa ostro i bezkompromisowo, ale mimo wszystko żadna granica nie zostaje przekroczona. Wspomniałem kilka razy o “Dniu Świra” w wersji light i niewątpliwie coś w tym jest. Bohater bywa tak samo smutny i pogrążony w codziennych problemach co Adaś Miauczyński, ale jednak wszystko jawi się tutaj w zdecydowanie jaśniejszych barwach i łatwiejszych do przyswojenia formach. Ja osobiście jestem totalnie zachwycony tym, że Juliusz jako całość wypada naprawdę, ale to naprawdę sympatycznie i że tak trudno mi się do niego przyczepić. W dodatku nikogo nie kopiując i tworząc swoją własną tożsamość. Najlepszą recenzją niech będzie fakt, że sala niejednokrotnie pękała ze śmiechu, albo przynajmniej cicho i radośnie pochrumkiwała. Dobrej zabawy tu cała masa, bo mamy do czynienia naprawdę z zabawną mieszanką wybuchową!

Juliusza polecam wszystkim widzom zmęczonym tandetnym polskim kinem. Kinem w którym na dzień dobry dostajemy w twarz albo romansem dla pół-idiotów, albo krwią i flakami. Juliusz to uczta dla widza inteligentnego, dla osób, które wiedzą, że życie spotyka się zawsze gdzieś tam pośrodku i nie jest ani czarne, ani białe. A co najważniejsze widza, który ceni kino niecodzienne, prawie alternatywne. Recenzowany tu komediodramat o uroczym nauczycielu być może nie będzie wielkim hitem, a w multipleksach wielkich miast nie zagrzeje dłużej miejsca – ale warto być częścią jego sukcesu i spróbować mu w nim pomóc. Moim zdaniem ta inwestycja zwróci się z nawiązką.

Proszę o więcej takich filmów! Będę bardzo, ale to bardzo wdzięczny.

Piotrek Gniewkowski (Niekulturalny)

Piotrek Gniewkowski (Niekulturalny)

Krytyk filmowy i teatralny, zapalony gracz konsolowy i komputerowy. Od kilku lat pracuje w branży reklamowej przy projektach influencerskich. Zakochany w najnowszych technologiach. W wolnych chwilach fotografuje Warszawę.

Jeden komentarz

  • Ania napisał(a):

    Ja czekam z niecierpliwością na premierę ze względu właśnie na Abelarda Gize. Ale nie mam żadnych wątpliwości że film mi się spodoba bo już sam zwiastun mnie urzekł ☺

Skomentuj tekst: (komentarze są moderowane - pojawią się po zatwierdzeniu)