Skip to main content

Czas ponownie zajrzeć do świata niezależnych gier, a tym razem na moim ekranie pojawiły się dwie produkcje od Eastasiasoft, które trudno byłoby ze sobą pomylić. Fallen City Brawl zabiera nas do świata pełnego ulicznych starć, efektownych ciosów i stylistyki rodem z automatów arcade. Z kolei Outbreak: Dead City stawia na zupełnie inne emocje, przenosząc nas w sam środek zombie-apokalipsy, gdzie każdy nabój powinien mieć znaczenie.

Dwie gry, dwa odmienne pomysły na rozrywkę i sporo rzeczy do sprawdzenia. Jedna okazała się całkiem przyjemną odskocznią, druga wystawiła moją cierpliwość na zdecydowanie zbyt dużą próbę. Sprawdźmy, jak poradziły sobie w praktyce. Przy okazji dziękuję Eastasiasoft za udostępnienie kolejnych tytułów do testów!

Fallen City Brawl

Fallen City Brawl to jedna z tych gier, które od samego początku dosyć jasno pokazują, czym chcą być. Mamy tutaj klasycznego beat’em upa, mocno inspirowanego produkcjami z końcówki lat 80. i początku 90. Przemierzamy kolejne lokacje, rozprawiamy się z przeciwnikami i próbujemy odzyskać kontrolę nad tytułowym miastem. Wszystko podane w charakterystycznej, pikselowej oprawie, która od razu przywołuje skojarzenia z automatami arcade.

Do wyboru otrzymujemy cztery postacie, a sama walka oferuje nieco więcej niż zwykłe wciskanie przycisków. Mamy kombinacje ciosów, kontry, specjalne ataki, możliwość korzystania z różnych rodzajów broni, a także efektowne umiejętności pozwalające pozbyć się większej grupy przeciwników. Ciekawym dodatkiem jest również wilczy towarzysz, który potrafi pomóc nam podczas kolejnych starć. Całość podzielono na siedem etapów, a grę możemy przechodzić zarówno samodzielnie, jak i w lokalnej kooperacji.

Największą zaletą Fallen City Brawl jest dla mnie po prostu przyjemność płynąca z rozgrywki. Nie trzeba długo zastanawiać się nad tym, co właściwie mamy robić, a kolejne starcia potrafią dać sporo satysfakcji. Gra dobrze odnajduje się w swojej konwencji, nie próbuje na siłę komplikować prostych założeń i oferuje dokładnie to, czego oczekuję od tego typu produkcji. Do tego dochodzi całkiem przyjemna oprawa graficzna i odpowiedni klimat.

Ostatecznie Fallen City Brawl to udana propozycja dla osób, które lubią klasyczne bijatyki z widokiem z boku. Nie jest to oczywiście produkcja, która wymyśla gatunek na nowo, ale też nie musi. To po prostu przyjemna, staroszkolna rozrywka, przy której można spędzić trochę czasu bez niepotrzebnego kombinowania. Czasami właśnie tyle wystarczy.

Outbreak: Dead City

Druga produkcja to już zupełnie inna bajka. Outbreak: Dead City jest pierwszoosobową strzelanką z elementami survival horroru, w której trafiamy do miasta opanowanego przez zombie. Wcielamy się w żołnierza należącego do specjalnej jednostki H.A.D.E.S., a naszym zadaniem jest między innymi odnalezienie naukowców, odzyskanie ważnych informacji i powstrzymanie rozprzestrzeniania się epidemii. Brzmi całkiem standardowo, ale sam pomysł na połączenie strzelanki z survivalowym zarządzaniem zasobami miał potencjał.

Gra stawia na charakterystyczną, niskopoligonową grafikę, która ma przywoływać produkcje z lat 90. Mamy eksplorację kolejnych lokacji, zbieranie amunicji, walkę z nieumarłymi, rozmowy z ocalałymi i wykonywanie zadań. Do dyspozycji otrzymujemy kilka rodzajów uzbrojenia, które możemy rozwijać, a znalezione zasoby powinny pomagać nam w dalszej walce o przetrwanie.

Problem w tym, że po pewnym czasie trudno mi znaleźć powody, dla których miałbym dalej tę przygodę kontynuować. Przede wszystkim gra jest zwyczajnie zbyt trudna, ale nie w taki sposób, który zachęca do kolejnych prób. Amunicji jest zdecydowanie za mało, zombie potrafią zadawać absurdalnie dużo obrażeń, a jednocześnie wytrzymują tyle pocisków, że momentami bardziej przypominają chodzące gąbki na amunicję niż zagrożenie, z którym można sobie sensownie poradzić. Do tego dochodzą checkpointy, które potrafią skutecznie odebrać ochotę na dalszą zabawę. Zamiast motywować do kolejnego podejścia, zwyczajnie irytują.

Nie pomaga również oprawa techniczna. Rozumiem, że niskopoligonowa stylistyka jest tutaj zamierzonym zabiegiem, ale momentami całość wygląda bardziej jak przypadkowe demo znalezione na Steamie niż pełnoprawna produkcja. Animacje postaci podczas rozmów są bardzo skromne, bohaterowie często nawet nie ruszają ustami, a czasami można odnieść wrażenie, że nie mają ich wcale. Trudno przez to zaangażować się w przedstawianą historię, szczególnie kiedy sama rozgrywka również nie daje zbyt wielu powodów do wyrozumiałości.

Szczerze próbowałem dać Outbreak: Dead City szansę, ale dość szybko się poddałem. Nie mam problemu z wymagającymi grami, a survival horror, w którym trzeba rozsądnie gospodarować amunicją, może być naprawdę ciekawym doświadczeniem. Tutaj jednak zabrakło mi odpowiedniego balansu, a irytujące checkpointy, wytrzymałe zombie i problemy z prezentacją sprawiły, że zwyczajnie nie miałem ochoty dalej się męczyć. To jedna z tych produkcji, w których poziom trudności nie idzie w parze z satysfakcją z rozgrywki.

Dziękuję Eastasiasoft za kolejną możliwość sprawdzenia ich gier. Tym razem dostaliśmy dwa bardzo różne doświadczenia – jedno całkiem przyjemne i dobrze odnajdujące się w swojej konwencji, drugie, które niestety nie przekonało mnie do siebie mimo kilku prób. Jak zwykle dobrze było przyjrzeć się produkcjom, na które być może nie zwróciłbym uwagi podczas przeglądania sklepowej oferty. Do następnego razu!

Piotrek Gniewkowski (Niekulturalny)

Krytyk filmowy i teatralny, zapalony gracz konsolowy i komputerowy. Od kilku lat pracuje w branży reklamowej przy projektach influencerskich. Zakochany w najnowszych technologiach. W wolnych chwilach fotografuje Warszawę.

Leave a Reply