Zanim przejdę do samego drugiego sezonu, muszę cofnąć się do korzeni – do Domu z papieru. To był serial, który mimo swojej szalonej fabuły trzymał się jednej żelaznej zasady: ci ludzie, mimo swoich wad, byli po prostu świetni w tym, co robią. Profesor planował wszystko z chirurgiczną precyzją, Berlin potrafił zachować zimną krew nawet w najbardziej kryzysowych sytuacjach, a Palermo czy Marsylia udowadniali, że każdy w tej ekipie ma swoje konkretne kompetencje. Nawet gdy coś szło nie tak, czuło się, że mamy do czynienia z profesjonalistami, którzy potrafią improwizować na najwyższym poziomie.
Pierwszy sezon Berlina jeszcze zachował ten klimat. Miał energię, polot i sprawiał wrażenie, że oglądam ekipę, która naprawdę zasłużyła na swoją renomę, nawet jeśli czasem pozwalała emocjom przejąć kontrolę. I żeby nie było – pierwszy sezon naprawdę mi się podobał. Jasne, nie dorównywał Domowi z papieru, ale bawiłem się na nim na tyle dobrze, że z autentycznym entuzjazmem czekałem na kontynuację.
I tu zaczyna się mój największy żal. Naprawdę liczyłem, że twórcy rozwiną to, co zadziałało wcześniej. Zamiast tego dostałem sezon, który momentami bardziej przypomina parodię ducha Domu z papieru niż jego godnego spadkobiercę (chociaż dla przypomnienia Berlin dzieje się wcześniej!)
Fabularnie ekipa Berlina, ponownie z Pedro Alonso w roli głównej, trafia do Sewilli, gdzie zostaje wynajęta przez ekscentryczną parę arystokratów – Księcia Malagi, granego przez José Luisa Garcíę-Péreza, oraz jego Księżnę, w którą wciela się Marta Nieto – aby zdobyć dla nich pewien obraz Leonarda da Vinci. Punkt wyjścia sam w sobie brzmi obiecująco. Andaluzyjski przepych, nowi gracze o niejasnych intencjach i skok o dużej skali powinny stworzyć świetną mieszankę. Problem w tym, że plan, wokół którego zbudowano całą historię, nie imponuje pomysłowością, a ekipa, która teoretycznie uchodzi za najlepszych złodziei na świecie, zachowuje się momentami tak, jakby sejf widziała pierwszy raz w życiu – i to tylko w telewizji.
Bohaterowie praktycznie bez przerwy się kłócą, ignorują ustalenia, których sami trzymali się jeszcze dwie sceny wcześniej, i częściej kierują się chwilowym kaprysem niż chłodną kalkulacją. Michelle Jenner jako Keila i Tristán Ulloa jako Damián mieli potencjał, by być rozsądnym filarem tej grupy, ale scenariusz niemal bez przerwy sprowadza ich do wzajemnych pretensji i kolejnych awantur. Z kolei Begoña Vargas i Julio Peña jako Cameron i Roi mieli wnieść do historii romantyczną chemię, lecz zamiast budować napięcie, częściej zwyczajnie irytują.
W efekcie wszystko, co tylko może pójść źle, faktycznie się sypie. Nie dlatego jednak, że plan okazuje się zbyt ambitny albo pech krzyżuje bohaterom szyki. Po prostu zachowują się momentami tak, jakby kompletnie nie wiedzieli, co robią. To już nie są zaskakujące zwroty akcji, tylko zwykła niekompetencja. I szczerze? Osoba odpowiedzialna za taki scenariusz powinna chyba zająć się projektowaniem ulotek do pizzerii, bo przy niektórych scenach naprawdę bolały mnie zęby. Jeszcze w pierwszym sezonie może bym to zrozumiał, ale w drugim?
Na szczęście zdjęcia i klimat Sewilli robią swoje. Jest kolorowo, gorąco, momentami zmysłowo, a muzyka skutecznie podtrzymuje tempo tam, gdzie sama fabuła wyraźnie je gubi. Pedro Alonso wciąż ma w sobie tę charakterystyczną charyzmę i ekranową magnetyczność – jego manieryzm nadal świetnie się ogląda. Jednocześnie nie zamierzam udawać, że zapomniałem, kim Berlin był w Domu z papieru. To postać będąca gwałcicielem, socjopatą i moralnie odpychającym człowiekiem, dlatego trudno mi bezkrytycznie kupić próbę przedstawienia go tutaj przede wszystkim jako romantycznego, czarującego amanta.
W porównaniu z pierwszym sezonem to wyraźny krok wstecz. Tam wciąż czuć było iskrę Domu z papieru i można było uwierzyć, że ogląda się historię o wyjątkowej grupie złodziei. Tutaj zostało przede wszystkim ładne opakowanie – efektowne zdjęcia, charyzmatyczny Pedro Alonso i kilka dobrze zrealizowanych scen, które niestety nie są w stanie przykryć słabego scenariusza i decyzji bohaterów, od których momentami naprawdę można złapać się za głowę.
Poleciłbym ten sezon właściwie tylko najbardziej zagorzałym fanom uniwersum, którzy chcą jeszcze raz spędzić trochę czasu z Berlinem i nie mają wygórowanych oczekiwań. Dla wszystkich pozostałych będzie to raczej rozczarowanie niż udany powrót do świata Domu z papieru.
Ocena: 3/10. To serial, który da się obejrzeć do końca, ale częściej wywołuje frustrację niż emocje. A po pierwszym sezonie naprawdę liczyłem na znacznie więcej. Swoją drogą, Hiszpanie nie są tak bardzo różni od nas – szkoda więc, że nikt nie postanowił przenieść tego świata na Polskie realia.














