Skip to main content

Na przedpremierowy pokaz Przepisu na święta szedłem z dość prostym nastawieniem. Nie oczekiwałem wielkiego kina ani komedii, która nagle odmieni moje spojrzenie na świąteczne produkcje. Liczyłem raczej na przyjemny, lekki seans, po którym człowiek wyjdzie z kina z odrobiną ciepła i poczuciem, że przez kilkadziesiąt minut udało mu się odpocząć od codzienności. W końcu właśnie po to powstają takie filmy. Mają trochę rozbawić, trochę wzruszyć, przypomnieć o rodzinie, bliskości i całej tej atmosferze, która zwykle towarzyszy Bożemu Narodzeniu. Niestety, w przypadku najnowszego filmu Magdaleny Nieć dostałem coś, co znacznie częściej wywoływało u mnie zdziwienie niż uśmiech. I nie chodzi nawet o to, że historia jest wyjątkowo przewidywalna. Problem leży znacznie głębiej, bo Przepis na święta sprawia wrażenie produkcji, której zabrakło przede wszystkim porządnie przemyślanego scenariusza.

Punkt wyjścia jest całkiem prosty i na papierze daje sporo możliwości. Ida, młoda kobieta kochająca pieczenie i marząca o własnej cukierni, próbuje uzyskać kredyt w banku, w którym pracuje Piotr. W międzyczasie kilkukrotnie wpada na niego przypadkiem, zupełnie nie zdając sobie sprawy, kim jest mężczyzna. Co więcej, oboje prowadzą ze sobą rozmowy za pośrednictwem bankowego czatu, nie wiedząc, że rozmawiają z osobą, którą mijają poza internetem. Tymczasem życie Piotra komplikuje się jeszcze bardziej, gdy niespodziewanie dowiaduje się o istnieniu dziesięcioletniego syna Nikodema. Po śmierci matki chłopiec trafia pod jego opiekę, co oznacza dla mężczyzny konieczność całkowitego przemodelowania dotychczasowego życia. W tle pojawiają się zawodowe problemy, nieporozumienia, nowe relacje i oczywiście zbliżające się święta, a także intryga partnerki Piotra, która próbuje wykorzystać pojawienie się dziecka medialnie, aby uratować swoją karierę w telewizji śniadaniowej… zburzoną przez krysys wizerunkowy, gdy podczas programu wylała na losową dziewczynkę szklankę wody. (SERIO). Film próbuje połączyć historię o niespodziewanym ojcostwie z romantycznym wątkiem Idy i Piotra oraz opowieścią o odnajdywaniu prawdziwego znaczenia rodziny.

Nie jest to zły pomysł. Ba, można z niego zbudować naprawdę sympatyczną komedię familijną, w której świąteczne dekoracje będą jedynie tłem dla opowieści o ludziach próbujących odnaleźć się w nowej sytuacji. Trzeba jednak najpierw zadbać o to, żeby bohaterowie zachowywali się jak ludzie, wydarzenia wynikały jedne z drugich, a widz miał poczucie, że ogląda jedną historię, a nie zbiór scen połączonych wspólnym plakatem. Tego właśnie najbardziej mi tutaj zabrakło. Im dłużej oglądałem Przepis na święta, tym częściej zastanawiałem się, czy ktoś po drodze nie zgubił kilku istotnych fragmentów scenariusza. Nie wiem, czy problem tkwił już na etapie pisania, czy może później podczas montażu i skracania materiału, ale efekt końcowy jest zaskakująco chaotyczny.

Największym problemem są dziury fabularne i zachowania postaci, które w wielu momentach trudno potraktować poważnie. Mamy przecież historię mężczyzny, który dowiaduje się, że ma dziecko, a następnie musi nauczyć się funkcjonować w zupełnie nowej rzeczywistości. To powinien być jeden z najważniejszych emocjonalnych punktów całej opowieści. Tymczasem film potrafi potraktować obecność chłopca tak, jakby chodziło o dodatkowy obowiązek do wpisania w kalendarz. Bohaterowie znają się zaledwie od kilku dni, sytuacja jest dla wszystkich świeża, a mimo to niektóre podstawowe sprawy związane z opieką nad dzieckiem zostają przedstawione w sposób kompletnie niewiarygodny. Ktoś zapomina odebrać chłopca ze szkoły, innym razem nie zauważa, że dziecko zniknęło z domu, a kiedy wreszcie dociera do dorosłych, co się wydarzyło, reakcje bywają tak obojętne, że trudno uwierzyć w emocjonalną wagę całej sytuacji.

Nie jest to pojedynczy zgrzyt, który można machnąć ręką. Podobnych momentów jest znacznie więcej, a każdy kolejny osłabia wiarygodność opowieści. Film oczekuje ode mnie, żebym przejmował się losem bohaterów, ale jednocześnie sam nie traktuje ich problemów z należytą powagą. Niektóre wydarzenia pojawiają się wyłącznie dlatego, że scenariusz potrzebuje kolejnego impulsu do popchnięcia historii naprzód. Nie ma większego znaczenia, czy dana reakcja ma sens i czy konsekwencje poprzedniej sceny zostały w ogóle uwzględnione. Ważne, żebyśmy mogli przejść do następnego punktu fabuły. W efekcie zamiast emocji pojawia się irytacja, a zamiast zaciekawienia zaczynam wyłapywać kolejne nielogiczności.

Podobnie wygląda zresztą wątek zawodowy, od którego cała historia próbuje wystartować. Kryzys wizerunkowy związany z przypadkowym oblaniem dziecka wodą urasta do rangi wydarzenia, które potrafi wywrócić zawodowe życie jednej z bohaterek. W dodatku reakcja przełożonej, granej przez Danutę Stenkę, jest tak przerysowana i pozbawiona wiarygodnego uzasadnienia, że trudno potraktować ją jako coś więcej niż wygodny scenariuszowy skrót. Rozumiem, że komedia może wyolbrzymiać pewne sytuacje, ale nawet w takim gatunku przydałoby się zachować jakąś proporcję. Tutaj mam wrażenie, że twórcy uznali, iż wystarczy rzucić na ekran hasło kryzys PR, pokazać kilka nerwowych reakcji i można już przejść dalej. Nie trzeba tłumaczyć, dlaczego konsekwencje są aż tak poważne ani czy zachowanie postaci rzeczywiście na nie zasługuje.

Właśnie dlatego trudno mi również ocenić tempo narracji jako zaletę. Film nie jest szczególnie długi, ale nie oznacza to, że ogląda się go lekko. Kolejne wątki pojawiają się szybko, część z nich zostaje ledwie zarysowana, a niektóre relacje zmieniają się w tempie, które bardziej przypomina przeskakiwanie po scenach niż rozwijanie opowieści. Brakuje spokojniejszych momentów, w których bohaterowie mogliby naprawdę ze sobą pobyć, porozmawiać i zbudować więź. Zwłaszcza relacja dorosłych z Nikodemem powinna wymagać czasu. Tymczasem film chce bardzo szybko doprowadzić wszystkich do kolejnych emocjonalnych punktów, nie zawsze zapewniając im odpowiednie przygotowanie. Przez to nawet sceny, które mają wzruszać, nie zawsze trafiają z odpowiednią siłą. Wiem, co powinienem w danym momencie czuć, ale nie zawsze czuję, że film rzeczywiście na te emocje zapracował.

Nie pomaga też sposób prowadzenia humoru. Przepis na święta jest komedią, ale podczas seansu miałem poczucie, że śmiesznych momentów jest tu naprawdę niewiele. Kilka sytuacji potrafi wywołać uśmiech, pojawia się też parę dialogów, które mają odpowiednią lekkość, jednak przez większość czasu humor jest dość przypadkowy. Nie ma tu szczególnie dobrze zbudowanych gagów ani konsekwentnie prowadzonej komediowej dynamiki. Zamiast tego dostajemy serię sytuacji, które powinny być zabawne z samego założenia, ale nie zawsze potrafią zadziałać na ekranie. A kiedy podstawowa historia nie trzyma się kupy, trudno oczekiwać, żeby komediowe wstawki nagle uratowały całość.

Co ciekawe, nie mam większych zastrzeżeń do samej obsady. Zofia Jastrzębska jako Ida wypada całkiem dobrze i nie sprawia wrażenia osoby, która nie wie, co zrobić ze swoją postacią. Piotr Stramowski również daje radę. Bywa, że jego bohater jest napisany dość schematycznie, ale aktor nie irytuje i potrafi utrzymać ekranową obecność. Sonia Mietielica ma nieco trudniejsze zadanie, bo Klara nie zawsze została napisana w sposób, który pozwala zrozumieć jej decyzje i zachowanie, dość powiedzieć, że jest mocno jednowymiarowa bez najmniejszego sensu. Mimo to nie zrzucałbym odpowiedzialności za wszystkie problemy tej postaci na aktorkę. W przypadku takich ról bardzo dużo zależy od tego, co właściwie zapisano w scenariuszu.

Najwięcej sympatii wzbudzają we mnie najmłodsi wykonawcy czyli Wiktor Wieczorek i Mirosław Tomczuk. Dziecięce postacie wnoszą do filmu trochę naturalności, której momentami brakuje dorosłym bohaterom. Nie oznacza to, że każda scena z ich udziałem jest udana, ale przynajmniej łatwiej uwierzyć w emocje, które pojawiają się na ekranie. Dzieci nie mają zresztą łatwego zadania, bo scenariusz raz każe im być centrum rodzinnego dramatu, a chwilę później traktuje je jak element komediowej układanki. Mimo tego wypadają na tyle dobrze, że kilka scen z ich udziałem naprawdę potrafi zadziałać.

Znacznie mniej przekonuje mnie Adam Woronowicz. To aktor, którego zwykle lubię oglądać, ale tutaj jego rola wydaje się pozbawiona wyraźnego celu. Postać pojawia się w historii, jednak trudno mi wskazać, co tak naprawdę wnosi do opowieści i dlaczego została poprowadzona właśnie w taki sposób. Nie jest to kwestia samej kreacji aktorskiej, tylko konstrukcji bohatera, który sprawia wrażenie dopisanego do większej całości bez wystarczającego pomysłu. Danuta Stenka ma z kolei tak niewiele czasu ekranowego, że trudno w ogóle mówić o pełnoprawnej roli. Jej postać jest bardziej funkcją potrzebną do uruchomienia jednego z wątków niż kimś, kogo zdążymy poznać. Ale to dobrze, mam już dość granych przez nią wysublimowanych suk, ile można.

Od strony realizacyjnej film wypada lepiej niż scenariusz. Zdjęcia są estetyczne, kadry wyglądają profesjonalnie, a kamera nie sprawia wrażenia ustawionej przypadkowo w losowych miejscach. Widać, że po stronie technicznej wszystko zostało przygotowane z odpowiednią starannością. Nie miałem też żadnego problemu z udźwiękowieniem. Dialogi są wyraźne, głosy dobrze słyszalne, a poszczególne elementy ścieżki dźwiękowej nie zlewają się w jedną nieczytelną masę. To niby podstawowe rzeczy, ale w kinie wcale nie zawsze można je uznać za oczywistość. Tutaj przynajmniej nie musiałem zastanawiać się, co właściwie powiedział któryś z aktorów.

Tyle że poprawność techniczna nie rozwiązuje problemów z całą resztą. Ładne kadry same w sobie nie tworzą klimatu, a sprawna kamera nie sprawi, że bohaterowie zaczną podejmować sensowne decyzje. Scenografia i świąteczna oprawa również nie pomagają filmowi tak bardzo, jak powinny. Owszem, pojawia się śnieg, są dekoracje i pojedyncze obrazki, które przypominają, że akcja rozgrywa się w okresie Bożego Narodzenia. Tyle że na tym właściwie kończy się moje poczucie świąteczności. Najbardziej świąteczny element całego przedsięwzięcia stanowi chyba plakat, bo sam film nie potrafi zbudować atmosfery ciepła, bliskości ani oczekiwania na wyjątkowy czas. Brakuje mi tej przyjemnej atmosfery, która powinna towarzyszyć takiej historii. Zamiast niej dostaję dość zwyczajną opowieść z kilkoma świątecznymi dekoracjami w tle.

Kostiumy i charakteryzacja nie są elementami, które szczególnie zapadają w pamięć, ale też nie stanowią istotnego problemu. Podobnie jest z muzyką. Nie przeszkadza w odbiorze, poprawnie towarzyszy wydarzeniom, jednak nie przypominam sobie motywu, który wzmacniałby emocje albo budował charakterystyczną atmosferę. Nie ma tu również efektów specjalnych, które miałyby być osobną atrakcją – chociaż pojawiają się rozmowy na bankowym czacie, które właściwie przemilcze – dialogi, które tam obserwujemy wołają o pomstę do nieba, a poziom ich żałosności przekracza moją skalę. Już nie mówiąc, że dlaczego dorosła kobieta rozmawia z losową postacią na czacie banku, nie ma żadnych przyjaciół? Najwięcej zastrzeżeń mam natomiast do montażu. Niektóre przejścia są zbyt gwałtowne, część wątków nie dostaje potrzebnego czasu, a kolejne wydarzenia nie zawsze łączą się w przekonujący ciąg przyczynowo-skutkowy. Oczywiście nie wiem, jak wyglądał pierwotny scenariusz ani ile materiału ostatecznie trafiło do kosza. Mogę oceniać tylko to, co zobaczyłem na ekranie, a to sprawia wrażenie filmu, któremu przydałoby się jeszcze jedno porządne przejrzenie przed dopuszczeniem go do kin.

Czy warto wybrać się na Przepis na święta? Nie powiedziałbym, że jest to seans, przed którym trzeba szczególnie uciekać, ale trudno mi też znaleźć powód, dla którego miałbym go mocno rekomendować. Osoby szukające po prostu lekkiego filmu z polską obsadą mogą znaleźć w nim kilka przyjemnych chwil, szczególnie jeżeli nie przeszkadza im duża umowność i scenariuszowe skróty. Jeżeli jednak liczycie na naprawdę ciepłą, świąteczną opowieść, która potrafi połączyć humor z emocjami, możecie wyjść z kina z podobnym niedosytem jak ja. Film ma swoje momenty, ale jest ich zdecydowanie za mało, żeby przykryć wszystkie problemy.

Najgorsze, że już teraz mam poczucie, że za kilka dni będę pamiętał z tego seansu głównie własną irytację. Parenaście godzin po pokazie trudno mi było przypomnieć sobie nawet imiona głównych bohaterów, a to raczej nie jest najlepsza oznaka dla filmu, który próbuje opowiadać o relacjach i rodzinnych emocjach. Nie ma tu niczego, co szczególnie mocno zostawałoby w głowie. Są poprawne zdjęcia, przyzwoita obsada, kilka wzruszających scen i sporo „przypadkowych” zbiegów okoliczności, ale jako całość produkcja nie potrafi zbudować czegoś, do czego chciałbym wracać.

Ostatecznie Przepis na święta oceniam na 5/10. To film poprawny w najbardziej podstawowym znaczeniu tego słowa, z kilkoma zaletami, ale też z tak dużą liczbą nielogiczności, uproszczeń i niewykorzystanych możliwości, że trudno mi uznać go za udaną komedię świąteczną. Jeżeli macie tradycję oglądania co roku świątecznego filmu w kinie, pewnie i tak dacie mu szansę – zwłaszcza że wybór takich produkcji w repertuarze bywa ograniczony. Ja jednak nie będę udawał, że dostałem coś więcej niż przeciętną produkcję, o której szybko zapomnę. Tytuł obiecuje przepis na święta, ale zabrakło w nim najważniejszego składnika: historii, która naprawdę potrafi połączyć ludzi na ekranie i widzów po drugiej stronie.

Piotrek Gniewkowski (Niekulturalny)

Krytyk filmowy i teatralny, zapalony gracz konsolowy i komputerowy. Od kilku lat pracuje w branży reklamowej przy projektach influencerskich. Zakochany w najnowszych technologiach. W wolnych chwilach fotografuje Warszawę.

Leave a Reply