Skip to main content

Na „Lalkę” poszedłem przede wszystkim z ciekawości. Trudno zresztą nie pójść, skoro w ciągu jednego roku dostaliśmy dwie nowe ekranizacje jednej z najważniejszych polskich powieści. Najpierw swoją wersję pokazał Netflix, a teraz do kin trafiła „Lalka” z Marcinem Dorocińskim, Kamilą Urzędowską i Markiem Kondratem. Netflixową wersję bardzo polubiłem i moja recenzja tamtej produkcji jest już dostępna u mnie na blogu, więc siłą rzeczy przed wyjściem do kina miałem w głowie sporo pytań. Czy da się zrobić drugą „Lalkę”, która nie będzie po prostu powtórką tego, co już widzieliśmy? Czy po serialu Netfliksa kolejna adaptacja ma jeszcze sens? I przede wszystkim – czy tak wielka polska produkcja rzeczywiście udźwignie ciężar jednej z najbardziej znanych lektur? Po seansie mogę powiedzieć, że zdecydowanie tak.

Kinowa „Lalka” trwa ponad dwie i pół godziny i już sam ten czas pokazuje, że twórcy podeszli do tematu naprawdę poważnie. To nie jest szybkie streszczenie lektury, odhaczenie najważniejszych wydarzeń i napisy końcowe, tylko pełnoprawny film kostiumowy z dużym rozmachem, który chce pokazać świat Prusa możliwie szeroko. Oczywiście przy takim czasie nie da się przenieść na ekran wszystkiego i siłą rzeczy część wątków musiała zostać skrócona albo całkowicie pominięta. Brakuje między innymi części historii związanych ze studentami, niektórych kontekstów społecznych i historycznych czy fragmentów dotyczących doświadczeń wojennych i żydowskiej traumy. Nie dostajemy więc „Lalki” przeniesionej na ekran jeden do jednego, bo przy tej historii byłoby to po prostu niemożliwe. Mimo wszystko mam wrażenie, że większość zmian została tutaj przemyślana i że to, co najważniejsze, udało się zachować. Jest to adaptacja stosunkowo wierna, ale jednocześnie taka, która nie próbuje na siłę upchnąć w filmie każdego szczegółu z książki. I dobrze, bo widz przychodzi do kina obejrzeć film, a nie trzygodzinne streszczenie lektury.

A historia jest oczywiście ta sama. Stanisław Wokulski dorobił się pieniędzy, wrócił do Warszawy i zakochał się w Izabeli Łęckiej, arystokratce pochodzącej z zupełnie innego świata. Wokulski próbuje za wszelką cenę zbliżyć się do środowiska, które z jednej strony bardzo go fascynuje, a z drugiej nigdy tak naprawdę nie zamierza przyjąć go do końca jak swojego. Z tej historii powstaje opowieść nie tylko o miłości, ale też o pieniądzach, ambicji, podziałach społecznych, pozytywizmie i romantyzmie. Przede wszystkim jednak o człowieku, który jest przekonany, że ciężką pracą i pieniędzmi może zdobyć wszystko, również uczucie i akceptację. I chyba właśnie dlatego „Lalka” mimo upływu tylu lat wciąż działa. Wokulski zrobił w swoim życiu naprawdę wiele, ale kiedy przychodzi do najważniejszej dla niego sprawy, kompletnie traci kontakt z rzeczywistością.

Największym wyróżnikiem tej wersji jest jednak obsada. I mówię to całkowicie serio – dawno nie widziałem polskiego filmu, który aż tak mocno postawił na znane twarze i nazwiska. Marcin Dorociński, Kamila Urzędowska, Marek Kondrat, Agata Kulesza, Andrzej Seweryn, Maria Dębska, Maja Komorowska, Krystyna Janda, Maja Ostaszewska, Borys Szyc, Mateusz Damięcki, Karolina Gruszka, Dawid Ogrodnik, Maciej Stuhr, Andrzej Chyra, Paweł Wilczak i naprawdę cała masa kolejnych aktorów. To jest jedna z tych produkcji, które naprawdę nie szczędziły pieniędzy na znane twarze. Co więcej, część obsady jest tutaj tak niespodziewana, że samo pojawienie się niektórych osób potrafi wywołać uśmiech. Nie będę wymieniał wszystkich, bo kilka takich występów zdecydowanie lepiej odkryć samemu podczas seansu.

Jedną z największych niespodzianek jest oczywiście Marek Kondrat, który wrócił z aktorskiej emerytury, żeby zagrać Ignacego Rzeckiego. Sam jego powrót jest już wydarzeniem, ale jeszcze ważniejsze jest to, że bardzo dobrze pasuje do tej roli. Jego Rzecki ma w sobie odpowiednią dawkę nostalgii, spokoju i charakteru, a Kondrat nie próbuje na siłę podkreślać, że właśnie wrócił na ekran. Po prostu gra i bardzo dobrze się go ogląda. Marcin Dorociński dostał z kolei chyba najtrudniejsze zadanie, bo to na Wokulskim w dużej mierze opiera się cały film. Nie byłem przekonany, czy będzie idealnym wyborem, głównie przez jego fizjonomię. Dorociński jest bardzo przystojny i wygląda stosunkowo młodo, a mojego Wokulskiego zawsze wyobrażałem sobie jako człowieka bardziej zmęczonego życiem i mniej „filmowego”. Ostatecznie jednak kompletnie przestało mi to przeszkadzać, bo Dorociński po prostu się sprawdził. Dobrze pokazuje jego ambicję, inteligencję i przedsiębiorczość, ale również zagubienie, szczególnie kiedy w grę wchodzą uczucia. Kamila Urzędowska jako Izabela Łęcka również bardzo dobrze odnalazła się w tej postaci. To bohaterka, którą trudno polubić, ale aktorka potrafi pokazać jej oderwanie od rzeczywistości, wychowanie i dystans wobec Wokulskiego. Maria Dębska jako Wąsowska jest bardzo wyrazista, Andrzej Seweryn po raz kolejny pokazuje swoją klasę, a pozostali aktorzy dobrze wykorzystują nawet mniejsze role. Są tu też nazwiska, które pojawiają się tylko na chwilę, ale od razu zwracają na siebie uwagę. Andrzej Chyra czy Paweł Wilczak to właśnie takie niespodzianki, dzięki którym cały czas zastanawiałem się, kto jeszcze za moment pojawi się na ekranie. I chyba na tym polega siła tej obsady – tych znanych twarzy jest tutaj tak dużo, że wypatrzenie kolejnej samo w sobie staje się dodatkową atrakcją.

Dla mnie najjaśniejszym punktem aktorskim jest jednak zdecydowanie Agata Kulesza. Pani Meliton jest pocieszna, dziwna, ciekawa, momentami lekko przerażająca i przede wszystkim niesamowicie charakterystyczna. Kulesza gra każdą scenę tak, że bardzo szybko zaczynamy zwracać uwagę właśnie na nią. Ma w sobie coś odświeżającego, bo kiedy film staje się cięższy, bardziej poważny albo zwyczajnie bardziej „lekturkowy”, jej pojawienie się wnosi zupełnie inną energię. Nie trzeba nawet szczególnie dużo miejsca, żeby zrobić z drugoplanowej postaci kogoś, kogo po seansie pamięta się wyjątkowo dobrze. I dokładnie to tutaj dostajemy.

Poza aktorami ogromne wrażenie robi również cała strona wizualna. To jedna z tych polskich produkcji, w których naprawdę widać duży budżet. Miałem okazję być na Krakowskim Przedmieściu, kiedy „Lalka” była kręcona, więc już wtedy ciekawie było zobaczyć, jak Warszawa zmienia się na potrzeby filmu. Dopiero jednak w kinie, kiedy dochodzą efekty specjalne i wszystko, czego nie widać podczas samych zdjęć, można docenić skalę tego przedsięwzięcia. Warszawa wygląda tutaj świetnie – ulice, budynki i plenery są wiarygodne, a całość bardzo dobrze oddaje klimat epoki. Jeszcze większe wrażenie zrobiły na mnie wnętrza. Pałace, salony czy różnego rodzaju pomieszczenia są dopracowane w najmniejszych szczegółach i momentami naprawdę olśniewają. Nie wyglądają jak zwykłe dekoracje przygotowane tylko po to, żeby zaznaczyć, że akcja dzieje się w XIX wieku, ale jak pełnoprawna część tego świata. Widać tutaj rozmach i pieniądze, a twórcy zdecydowanie nie poszli w stronę oszczędnej ekranizacji. To samo mogę powiedzieć o kostiumach, które są piękne, dobrze dopasowane do bohaterów i świetnie uzupełniają całą oprawę. Dzięki nim, scenografii i zdjęciom nawet spokojniejsze fragmenty filmu mają na czym zawiesić oko.

Muzyka również bardzo dobrze uzupełnia całość. Jest podniosła, momentami melancholijna, ale przede wszystkim dobrze pasuje do klimatu historii i nie próbuje wychodzić na pierwszy plan. Zamiast tego buduje emocje i pomaga utrzymać odpowiednią atmosferę. W połączeniu ze scenografią, kostiumami i zdjęciami daje to film, który naprawdę dobrze wykorzystuje kinowy format.

Jeszcze bardziej doceniam jednak dźwięk, bo tutaj wreszcie mam poczucie, że ktoś naprawdę pomyślał o widzu. Mam wrażenie, że to jeden z tych polskich filmów, przy których nie trzeba co chwilę zastanawiać się, co właściwie powiedział aktor. Głosy są wyraźne, dialogi dobrze słyszalne i wszystko da się zrozumieć. Słowa nie giną pod muzyką ani efektami dźwiękowymi, co przy filmie opartym w dużej mierze na rozmowach i relacjach między bohaterami ma ogromne znaczenie. Niby powinno być to oczywiste, ale w polskim kinie wcale nie zawsze jest, dlatego tym bardziej warto to docenić.

Mam natomiast jeden spory problem ze światłem. Rozumiem, że jesteśmy w XIX wieku, nie było wtedy elektryczności, a wiele scen siłą rzeczy rozgrywa się przy świecach. Rozumiem też, że twórcy chcieli zachować odpowiedni klimat i realizm, ale momentami jest po prostu za ciemno. Nie mam problemu z samym pomysłem na takie oświetlenie, tylko chwilami mam wrażenie, że poszło to zdecydowanie za daleko. Jesteśmy jednak w kinie i chciałbym bez problemu widzieć, co znajduje się na ekranie, a w kilku scenach zamiast oglądać kolejne szczegóły, próbowałem je po prostu dostrzec. Tym bardziej szkoda, bo kiedy światło jest odpowiednio ustawione, „Lalka” potrafi wyglądać naprawdę fenomenalnie.

Film jest długi, ale paradoksalnie nie miałem poczucia, że siedzę w kinie przez prawie trzy godziny. Kilka fragmentów można było skrócić, ale całość została poprowadzona na tyle sprawnie, że właściwie ani przez moment się nie nudziłem. Tempo nie zawsze jest takie samo, jednak cały czas pojawia się coś nowego – kolejna relacja, zmiana sytuacji, nowa postać czy po prostu Warszawa, którą naprawdę dobrze się tutaj ogląda.

Dlatego uważam, że „Lalka” jest świetnym przygotowaniem do matury. Oczywiście nie zastąpi książki, bo jest na to zwyczajnie zbyt bogata, ale bardzo dobrze pozwala przypomnieć sobie najważniejsze wydarzenia, bohaterów, relację Wokulskiego i Izabeli czy podziały społeczne. Co najważniejsze, robi to bez wrażenia szkolnej ilustracji lektury. Przy okazji dostajemy po prostu porządny film. Warto też wrócić do „Lalki” Netfliksa, bo bardzo podobała mi się tamta wersja i po seansie kinowej moje zdanie się nie zmieniło. Obie produkcje poszły w różne strony. Netflix postawił na serialową formę i większą swobodę, natomiast film jest bardziej klasyczny, stosunkowo wierny książce i nastawiony na kinowy rozmach. Nie widzę więc potrzeby rozstrzygania, która wersja jest lepsza – po prostu każda robi coś innego.

Dla mnie kinowa „Lalka” jest już dziś arcydziełem współczesnego polskiego kina. Nie dlatego, że jest bezbłędna, bo nie jest, ani dlatego, że udało się przenieść na ekran całą książkę. Najbardziej doceniam ją za skalę i ambicję. To naprawdę duża polska produkcja, która nie próbuje udawać, że wielkie widowiska są domeną wyłącznie zagranicznego kina. Budżet, obsada, scenografia, kostiumy, plenery i muzyka składają się na film, który momentami robi ogromne wrażenie. Ma swoje problemy – jest trochę za długi, chwilami zdecydowanie za ciemny i siłą rzeczy gubi część materiału źródłowego – ale mimo tego trudno odmówić mu rozmachu. To jest film, z którego zwyczajnie możemy być dumni, przede wszystkim dlatego, że pokazuje, jak dobrze można potraktować polską literaturę, kiedy dostaje odpowiednią skalę i pieniądze.

I właśnie dlatego cieszę się, że mogliśmy dostać zarówno serial Netfliksa, jak i tę wersję kinową. Jedna produkcja daje sobie więcej swobody, druga stawia na klasykę i rozmach. Kinowa „Lalka” może być świetnym powrotem do książki, przygotowaniem do matury albo po prostu bardzo dobrym wieczorem w kinie. A jeżeli po seansie ktoś sięgnie jeszcze po Prusa, tym lepiej, bo nawet tak duży film nie jest w stanie zmieścić całej „Lalki” w 165 minutach.

Piotrek Gniewkowski (Niekulturalny)

Krytyk filmowy i teatralny, zapalony gracz konsolowy i komputerowy. Od kilku lat pracuje w branży reklamowej przy projektach influencerskich. Zakochany w najnowszych technologiach. W wolnych chwilach fotografuje Warszawę.

Leave a Reply