Tony to film, na który poszedłem właściwie z czystej ciekawości. Sam Anthony Bourdain nie był mi wcześniej jakoś szczególnie znaną postacią i nie znałem jego historii, więc do seansu podchodziłem bez większych oczekiwań (ale później zrobiłem research!). Tym bardziej zaskoczyło mnie, że kilka tygodni po premierze w kinie zobaczyłem praktycznie pełną salę. I chyba właśnie to zdziwiło mnie najbardziej. Film nie jest przecież wielkim widowiskiem ani produkcją, o której od miesięcy mówiłby każdy. A jednak ludzie nadal chcą go oglądać. Po seansie trochę lepiej rozumiem, skąd to zainteresowanie, chociaż nie powiedziałbym, że Tony jest filmem, który jakoś szczególnie mnie zachwycił.
Przede wszystkim jest to całkiem ciekawy, sprawnie zrobiony i zaskakująco optymistyczny film o człowieku, który jeszcze kompletnie nie wie, co zrobić ze swoim życiem. Zamiast pokazywać Bourdaina jako znanego kucharza, autora i telewizyjną osobowość, twórcy cofają się do jego młodości. Tony ma 19 lat, nie dostaje wymarzonego stypendium pisarskiego i trochę desperacko próbuje znaleźć dla siebie miejsce. Wyrusza do Provincetown, gdzie liczy przede wszystkim na spotkanie z piękną Nancy, w której od lat jest zakochany. Ponieważ szybko okazuje się, że pieniędzy nie ma zbyt wiele, trafia do restauracyjnej kuchni, gdzie zaczyna pracę przy zmywaniu naczyń – pracę wyłącznie na sezon wakacyjny.
I chyba dobrze, że Tony nie próbuje opowiadać całego życia Bourdaina. Gdyby twórcy chcieli przeprowadzić nas od nastolatka aż do telewizyjnej sławy, dostalibyśmy klasyczną biografię z odhaczaniem kolejnych ważnych momentów. Tutaj mamy jeden okres i jedną dużą zmianę. Młody chłopak, który uważa się za kogoś wyjątkowego, musi nagle zetknąć się z prawdziwą pracą, hierarchią, odpowiedzialnością i ludźmi, którzy kompletnie nie przejmują się jego wielkimi planami. Dzięki temu film ma prosty, ale całkiem skutecznyprzekaz. To nie jest opowieść o wielkim sukcesie. To opowieść o tym, jak człowiek zaczyna dorastać do własnego życia.
Najbardziej podobała mi się właśnie ta przemiana. Tony na początku jest irytujący. Jest przekonany o własnej wyjątkowości, dużo mówi, ma wielkie ambicje, ale niewiele za nimi stoi. Nie potrafi jeszcze wykonywać najprostszych prac, a jednocześnie ma poczucie, że został stworzony do czegoś znacznie większego. I zamiast natychmiast robić z niego sympatycznego przegrywa, film pozwala mu czasami naprawdę działać na nerwy. To ważne, bo dzięki temu późniejsze zmiany nie wydają się całkowicie sztuczne. Widzimy człowieka, który stopniowo zaczyna rozumieć, że talent czy ambicja nic nie znaczą, jeżeli nie potrafimy nauczyć się pracy i szacunku do innych.
Duża w tym zasługa Dominica Sessa. Aktor potrafi zagrać Tony’ego jako jednocześnie bezczelnego, zadufanego i całkiem zagubionego chłopaka. Najlepsze są dla mnie momenty, w których nie próbuje robić z niego od razu Bourdaina, którego znamy z późniejszych lat. To po prostu młody człowiek, który jeszcze nie ma własnego języka, własnej pozycji ani pomysłu na siebie. Raz próbuje imponować inteligencją, innym razem robi coś głupiego, a chwilę później widać, że tak naprawdę jest zwyczajnie niepewny. Ta mieszanka działa bardzo naturalnie.
Antonio Banderas również dostał tutaj ciekawą rolę. Jego Chef jest kimś więcej niż tylko szefem kuchni, który ma nauczyć Tony’ego gotowania. Jest symbolem pewnego porządku – pracy, dyscypliny i odpowiedzialności. Co ważne, Banderas nie gra go jako komiksowego surowego mistrza, który przez cały film wrzeszczy na podwładnych. Potrafi być stanowczy, ale ma też sporo spokoju. Dzięki temu relacja między nim a Tonym nie sprowadza się do prostego schematu nauczyciel i uczeń. To raczej spotkanie dwóch ludzi, którzy początkowo patrzą na świat z zupełnie różnych miejsc.
Emilia Jones jako Nancy ma zdecydowanie mniej do zrobienia, ale jej obecność ma sens, bo pozwala pokazać Tony’ego od trochę bardziej prywatnej strony. Ich relacja nie jest dla mnie najciekawszą częścią filmu, momentami wręcz miałem wrażenie, że scenariusz wykorzystuje ją bardziej jako punkt wyjścia niż pełnoprawny wątek. Jednocześnie dobrze, że Nancy nie została całkowicie sprowadzona do roli nagrody, którą bohater ma zdobyć. Między nimi jest trochę niepewności, trochę niedojrzałości i sporo typowego dla młodych ludzi chaosu.
Sam scenariusz ma jednak jeden poważny problem – im bardziej film zbliża się do momentu, w którym Tony ma przeżyć swoją wielką przemianę, tym bardziej czuć, że wszystko zostało poukładane pod filmową opowieść. I tutaj dochodzimy do kwestii, o której po seansie sporo myślałem. Tony jest inspirowany prawdziwym życiem Anthony’ego Bourdaina, ale nie należy go traktować jak wiernej biografii. Prawdziwe są między innymi jego związki z Provincetown, praca w restauracji Flagship i obecność Nancy Putkoski, ale wiele wydarzeń zostało skompresowanych, połączonych albo zwyczajnie wymyślonych na potrzeby scenariusza. Co ważniejsze, Chef grany przez Banderasa jest postacią złożoną z kilku osób i nie jest wiernym odpowiednikiem jednego konkretnego człowieka z życia Bourdaina.
To jest zresztą ciekawy przypadek, bo film nie tyle próbuje odtworzyć konkretne wydarzenia, ile stworzyć pewną wersję historii o tym, jak Bourdain mógł stać się człowiekiem, którego znamy. Twórcy sami mieli świadomość, że materiał źródłowy nie daje im wystarczająco dużo informacji, żeby stworzyć dokładny zapis jednego lata. Do tego dochodzi fakt, że sam Bourdain w swoich wspomnieniach potrafił mocno stylizować własną przeszłość. Film bierze więc prawdziwych ludzi, prawdziwe miejsca i kilka prawdziwych punktów wyjścia, a następnie buduje z nich znacznie bardziej zwartą historię.
I szczerze mówiąc, nie przeszkadzało mi to aż tak bardzo, jak można byłoby się spodziewać. Problem pojawia się dopiero wtedy, kiedy film zaczyna mocniej opierać emocje na wydarzeniach, o których wiemy, że zostały stworzone albo mocno zmienione na potrzeby scenariusza. Wtedy część scen zaczyna być odrobinę zbyt wygodna. Bohater dostaje lekcję dokładnie wtedy, kiedy jej potrzebuje, odpowiedni człowiek pojawia się w odpowiednim miejscu, a wszystkie elementy układają się w logiczny ciąg prowadzący do przyszłości, którą już znamy. To działa jako kino, ale jest mniej przekonujące jako historia o prawdziwym człowieku.
Pod tym względem określenie Tony jako biografii może być trochę mylące. Dla mnie to bardziej fikcyjna opowieść inspirowana konkretnym fragmentem życia Bourdaina. Jest w niej wystarczająco dużo prawdy, żeby całość miała sens, ale zdecydowanie za mało, żeby po seansie wyciągać z niej wnioski dotyczące tego, co dokładnie wydarzyło się w Provincetown. I chyba warto o tym wiedzieć przed seansem, bo wtedy łatwiej zaakceptować wszystkie scenariuszowe skróty.
Pod względem tempa Tony jest zaskakująco równy. Film nie pędzi i nie ma potrzeby co kilka minut przypominać nam, że oto właśnie oglądamy historię przyszłej legendy. Większość czasu spędzamy z bohaterami w restauracji, na ulicach Provincetown, na plaży i w zwykłych sytuacjach, które pozwalają trochę lepiej ich poznać. Dzięki temu mam wrażenie, że film bardziej interesuje się atmosferą konkretnego lata niż samą fabułą. Czasami odbija się to na dynamice, bo kilka fragmentów można byłoby skrócić, ale ogólnie nie miałem poczucia, że seans niepotrzebnie się dłuży.
Bardzo dobrze wypada też samo Provincetown. Twórcy faktycznie kręcili w miasteczku i wykorzystali wiele prawdziwych lokalizacji, dzięki czemu nie jest to sztucznie zbudowana wizja lat 70. Stroje, fryzury, samochody i scenografia robią swoją robotę, ale najważniejsze jest chyba to, że miejsce ma własny charakter. Provincetown nie jest tylko tłem dla historii Tony’ego. Czuć, że to właśnie tam bohater po raz pierwszy naprawdę trafia do środowiska, które różni się od jego dotychczasowego życia.
Zdjęcia dobrze wykorzystują to otoczenie. Mamy sporo światła, morza, ulic, plaży i restauracyjnego chaosu, ale film nie próbuje z tego zrobić pocztówki. Jednocześnie kuchnia wygląda jak miejsce pracy, a nie sterylna telewizyjna scenografia. Widać ruch, ludzi wykonujących różne czynności, jedzenie, sprzęt i ciągłe zamieszanie. To ważne, bo film chce pokazać kuchnię jako organizm, w którym każdy ma swoje miejsce. Sceny gotowania i przygotowywania jedzenia mają dzięki temu energię, nawet kiedy nie dzieje się nic szczególnie spektakularnego. Ekipa produkcyjna mocno stawiała na szybkie zdjęcia i dużą liczbę działań wykonywanych przez aktorów jednocześnie, żeby kuchnia sprawiała wrażenie żywego, działającego miejsca.
Podoba mi się też to, że twórcy nie zrobili z lat 70. wielkiego kostiumowego spektaklu. Oczywiście stroje, fryzury, samochody czy wnętrza mają przypominać konkretną epokę, ale nie oglądałem tego z poczuciem, że ktoś co chwilę macha mi przed oczami napisem patrzcie, jesteśmy w 1975 roku. Wszystko jest raczej elementem większej całości. Dzięki temu łatwiej wejść w świat filmu i skupić się na bohaterach.
Montaż również dobrze pracuje na ten efekt. Film jest dość swobodny, często pozwala scenom chwilę pobyć z bohaterami, zamiast ciąć wszystko co kilka sekund. Dzięki temu dialogi i drobne reakcje aktorów mają miejsce na wybrzmienie. To szczególnie dobrze działa przy Sessie, bo jego Tony potrafi powiedzieć coś bardzo pewnie, a sekundę później zdradzić jednym spojrzeniem, że sam nie wierzy w to, co przed chwilą powiedział.
Nie będę też ukrywał, że jedną z rzeczy, które najbardziej mnie zaskoczyły, jest ton tego filmu. Spodziewałem się czegoś cięższego, bardziej gorzkiego albo przynajmniej mocniej skupionego na autodestrukcyjnej stronie młodego Bourdaina. Tymczasem Tony ma w sobie sporo ciepła. Owszem, pokazuje używki, głupie decyzje, konflikty i niedojrzałość, ale ostatecznie jest to historia człowieka, który zaczyna dostrzegać, że może jednak coś ze swoim życiem zrobić. I właśnie dlatego wychodziłem z kina z całkiem dobrym samopoczuciem.
Muzyka dobrze podkręca klimat lat 70., ale nie mam tutaj poczucia, że ścieżka dźwiękowa próbuje ukraść filmowi każdą scenę. Podobnie z udźwiękowieniem – największe znaczenie ma dla mnie to, jak brzmi kuchnia. Hałas pracy, naczynia, rozmowy, zamieszanie i wszystkie drobne dźwięki budują przekonanie, że naprawdę jesteśmy w miejscu, gdzie nie ma czasu na spokojne zastanawianie się nad życiem. Film korzysta z tego bardzo rozsądnie.
Czy warto więc wybrać się na Tony do kina? Myślę, że tak, szczególnie jeżeli interesują was biografie, historie dojrzewania i filmy, które bardziej skupiają się na jednym fragmencie życia niż na odtwarzaniu całej kariery. Jeżeli natomiast ktoś oczekuje dokładnej historii Anthony’ego Bourdaina i chce dowiedzieć się, co naprawdę wydarzyło się podczas jego pierwszego lata w Provincetown, może się trochę rozczarować. Film jest zbyt swobodny wobec faktów, żeby traktować go jako źródło wiedzy biograficznej.
Po kilku tygodniach obecności w kinach i nadal pełnej sali Tony jest dla mnie jednym z tych filmów, które trudno uznać za wydarzenie, a jednocześnie łatwo zrozumieć, dlaczego ludzie chcą je oglądać. To zwyczajnie sympatyczna historia, dobrze zagrana i zrealizowana, z bohaterem, któremu mimo jego wad można kibicować. Nie wychodziłem z kina zachwycony ani z przekonaniem, że zobaczyłem biografię, która zostanie ze mną na długo. Wyszedłem natomiast z poczuciem, że spędziłem bardzo przyzwoite dwie godziny.
I chyba właśnie tak najlepiej opisałbym Tony. To film poprawny, ale poprawny w tym dobrym znaczeniu. Ma pomysł, ma bardzo dobrą główną rolę, ma odpowiedni klimat i potrafi przekazać coś pozytywnego bez robienia z tego wielkiego manifestu. Jednocześnie jego największy problem jest dość istotny – historia, która ma być opowieścią o prawdziwym człowieku, została miejscami tak mocno przepisana, że trudno oddzielić prawdę od filmowej legendy. Mimo wszystko nie żałuję seansu. To nie jest film, który będę wszystkim wciskał jako obowiązkowy seans, ale spokojnie mogę go polecić osobom, które lubią takie kameralne biografie.
Ostatecznie daję Tony 7/10, bo choć nie jest to film wybitny ani szczególnie odkrywczy, zapewnił mi solidny seans, miał dobrze poprowadzoną główną postać, odpowiedni klimat i przede wszystkim zostawił mnie z pozytywnym wrażeniem zamiast poczucia straconego czasu.














