Istnieje takie powiedzenie, iż „Polak potrafi”, które w prosty sposób sugeruje, że jak chcemy to damy radę. I tak w naszej historii łapaliśmy się różnych fabuł i gatunków, raz wychodziło to lepiej, raz gorzej. Thrillery tworzyliśmy zwykle sensacyjne – jak Pitbull czy Ekstradycja – a więc niespecjalnie wywołujące większe emocje i szybsze bicie serca. Ostatnią próbę stworzenia thrillero-horroru dostaliśmy przy Ostrej Randce 3D (chyba jestem jedyną osobą, która to oglądała) oraz wcześniej w całkiem niezłej Porze Mroku. Najnowsza produkcja Wojciecha Kasperskiego trochę wpasowuje się we wspomnianą konwencję, starając się widza poruszyć, a nawet przestraszyć. Czy się udało?

„Na granicy” to prawdziwa historia ojca i jego dwóch synów, którzy wyjechali w góry, aby odnaleźć siebie po niedawnej rodzinnej tragedii. Pewnego dnia pod ich drewnianą samotnię dociera tajemniczy mężczyzna, którego ubranie jest całe we krwi. Od tego momentu rodzina zostaje wciągnęta w niebezpieczną grę, a na domiar złego, zaczyna się burza śnieżna.

Historia może i zapowiada się dobrze i z pewnością taka byłaby, gdyby nie fakt, że mówimy o produkcji polskiej. Gdyby za kręcenie tego scenariusza wzięli się np. Norwegowie – wtedy dostalibyśmy film bardzo dobry, mroczny i zapewne doprawiony szczyptą wątków paranormalnych. Niestety film zrobiliśmy my, a więc nie ma w nim ani pomysłu, ani jakiegoś haczyka, ani ciekawej fabuły. Ta ostatnia jest nie tylko do bólu przewidywalna, co wręcz nudna. Ciągła zabawa w ciuciubabkę z nieznajomym ociera się momentami o pastisz, szczególnie w chwilach, gdy każda postać raz za razem traci swoją szansę, aby ten szalony pojedynek wygrać – przez co wpadamy w pętle nie do końca logicznych zachowań.

Teoretycznie film powinni uratować znakomici aktorzy: Andrzej Chyra, Andrzej Grabowski oraz Marcin Dorociński i Ci Panowie prawie dali radę – tylko prawie, ponieważ chociaż ten ostatni rzeczywiście jest tutaj główną postacią, a obaj Andrzeje są dość ważni, to zbyt wielu okazji, aby popisać się talentem – niestety nie mają. Sam Dorociński dwoi się i troi, aby wypaść przekonująco i pod pewnymi względami wychodzi mu to świetnie, jest przerażający, nieprzewidywalny i nie do końca stabilny psychicznie – i to gigantyczny plus. Tylko, ze film cierpi przy tym na dwie słabości – pierwszą jest słabe zarysowanie bohaterów, właściwie żenująco słabe. Całość niebezpiecznie przypomina prawie identyczny serial „Wataha”, który prawdopodobnie był silną inspiracją dla tej produkcji. Tak więc w „Na Granicy” dostajemy płytkich ludzi, którzy twierdzą, że wprawdzie mają za sobą historię, ale albo nie zamierzają jej opowiedzieć, albo została brutalnie pocięta przy montażu. Dowodem na to niech będzie pytanie – po co i dlaczego w filmie pojawia się Janusz Chabior, skoro widzimy go w dwóch scenach? Drugim problemem jest to, że nazwiska z plakatu szybko idą w cień, a cała akcja przenosi się na synów głównego bohatera – co jest zabiegiem żenującym, bo młodziaki chociaż doświadczenie filmowej mają, to wypadają bardzo blado, wręcz irytująco.

Zdjęcia są najmocniejszą stroną filmu – widoki niekiedy są przepiękne i obowiązkowo (najnowsza moda) podciągnięte Instagramowymi filtrami. Bieszczady wyglądają więc niezwykle urokliwie, zwłaszcza mocno przysypane śniegiem.

Na osobny plus zasługuje… ciemność. Wreszcie nikt nie udaje, że filmowa noc to kilka postawionych sprytnie lamp i niebieski filtr, tutaj naprawdę jest mrocznie, a mimo to widz nadal widzi wszystko co pojawia się na ekranie. Niby prosta sprawa, ale niezbyt częsta w Polskich filmach czy serialach. Niestety z dźwiękiem jest gorzej i niektórych szeptów po prostu nie słychać – to największa bolączka rodzimych produkcji i chyba nigdy z tym nie wygramy. Chociaż odgłosy śnieżycy czy praktycznie żyjącej drewnianej chaty wywołują ciarki na plecach.

Atmosfera w filmie jest gęsta i można się raz czy drugi przestraszyć, albo przynajmniej na dłużej wstrzymać oddech. Pod tym względem jest znośnie, nawet pomimo tego, że jak powiedziałem – film jest powtarzalny i wręcz samokopiujący się. Tak więc nadrabia chociaż uczuciem zaszczucia, ale tak jak mówię – fani klasycznych horrorów np. produkcji norweskiej – widzieli to już kilka razy, gdzie zresztą było to podane nie tylko klarowniej, co i ciekawiej.

Na Granicy to film częściowo dobrze zagrany (Dorociński) i niezły graficznie (zima, filtry), a także przyzwoicie straszący co bardziej wrażliwych widzów. Niestety kompletnie nierówny, pusty i nużący – który moim zdaniem najwięcej traci z powodu wybitnego lenistwa scenarzystów – przy chociażby budowaniu głównych bohaterów.

Czy iść do kina? Moim zdaniem nie, w tym momencie z filmów o zimie bardziej polecałbym „Zjawę” z DiCaprio. A jeśli już musicie zobaczyć coś o podobnej fabule, to albo sięgnijcie chociażby po serialową Watahę, albo jakiś zagraniczny horror – ze śnieżnych np. Frozen z 2010. „Na Granicy” niestety nie dało rady, mam jednak nadzieję, że w tym roku coś Polskiego nas jeszcze zaskoczy. Oby pozytywnie.

Piotrek Gniewkowski (Niekulturalny)

Piotrek Gniewkowski (Niekulturalny)

Krytyk filmowy i teatralny, zapalony gracz konsolowy i komputerowy. Od kilku lat pracuje w branży reklamowej przy projektach influencerskich. Zakochany w najnowszych technologiach. W wolnych chwilach fotografuje Warszawę.

Jeden komentarz

  • widz pisze:

    Naprawdę fatalny film, nie wiem jaki jest sens” opowiadania” takich historii. Nuda , nic się nie dzieje na ekranie

Skomentuj tekst: (komentarze są moderowane - pojawią się po zatwierdzeniu)