Na początku muszę wyjaśnić, jak podchodzę do takich projektów. Remake gry, która od lat ma status klasyka, zawsze budzi we mnie mieszane uczucia. Z jednej strony liczę na konkretne usprawnienia i nowoczesną oprawę, z drugiej mam obawy, że ktoś zacznie poprawiać coś, co od początku działało świetnie. Assassin’s Creed Black Flag Resynced od początku reklamowano jako coś więcej niż zwykły lifting grafiki. Gra powstała na najnowszej wersji silnika Anvil i została przygotowana z myślą o współczesnym sprzęcie – dostaliśmy HDR, 60 klatek na sekundę, ray tracing, Dolby Atmos, haptyczne wibracje DualSense i cały ten zestaw atrakcji, który dziś jest niemal obowiązkowy w wysokobudżetowych produkcjach na PlayStation 5. Na papierze wyglądało to jak piracki klasyk doprawiony solidną porcją współczesnej technologii. Na szczęście za tymi hasłami idą również konkretne zmiany, które faktycznie czuć podczas rozgrywki.
Bez wchodzenia w spoilery ponownie wcielamy się w Edwarda Kenwaya i trafiamy do złotej ery piractwa – oczywiście na Karaibach. Nadal nie jest to realistyczna lekcja historii, tylko świadomie podkręcona wizja pełna klimatycznych portów, plantacji pilnowanych przez wrogich żołnierzy i otwartego morza, które momentami kradnie całe widowisko. Nawet wtedy, gdy akurat nic spektakularnego się nie dzieje, potrafi zwyczajnie przykuć uwagę na dłuższą chwilę. W tej wersji twórcy postawili sobie za cel sprawić, żeby świat był bardziej dynamiczny i wiarygodny. Pogoda, pora dnia czy zachowanie otoczenia mają większy wpływ na to, co widzimy na ekranie niż kiedykolwiek wcześniej. W praktyce najbardziej widać to po nowym systemie oświetlenia z ray tracingiem. Światło naturalnie odbija się od powierzchni, wnętrza nie wyglądają już jak ciemne pudełka, a przejścia między rozgrzanymi słońcem plażami i zacienionymi uliczkami prezentują się naprawdę świetnie. Efekt jest taki, że zwykły spacer po porcie potrafi zrobić większe wrażenie niż niejedna widowiskowa misja.
Za kulisami również sporo się zmieniło. Zamiast klasycznych poziomów szczegółowości, które często rzucały się w oczy podczas zbliżania do obiektów, nowy silnik znacznie płynniej doczytuje kolejne elementy świata. Dzięki szybkiemu dyskowi SSD PlayStation 5 można bez przeszkód dopłynąć od odległego zarysu wyspy do skalistego brzegu, nie oglądając po drodze wyskakujących znikąd tekstur czy modeli. To niby drobiazg, ale właśnie z takich elementów składa się wrażenie obcowania z pełnoprawnym remakiem. Największe wrażenie ponownie robi jednak morze. Fale wyglądają bardziej naturalnie, piana i rozbijająca się o kadłub woda dodają realizmu, a podczas sztormów ocean potrafi pokazać swój niezwykły, niebezpieczny charakter. Całość dopełnia dynamiczny system pogody. Zmieniające się zachmurzenie, wiatr czy deszcz wpływają nie tylko na wygląd otoczenia, ale również na poruszające się drzewa, żagle i ubrania postaci, dzięki czemu świat sprawia jeszcze bardziej żywe wrażenie. Serio, drewno nigdy jeszcze nie było tak mokre, a piasek tak zbity.
Pod względem rozgrywki Assassin’s Creed Black Flag Resynced pozostaje wierny oryginałowi. Nadal spędzamy czas na skradaniu, walce wręcz, parkourze i oczywiście żeglowaniu z pełnym arsenałem pod pokładem. Twórcy nie zostawili jednak podstawowych mechanik w spokoju. System walki wyraźnie przyspieszono i uczyniono bardziej płynnym. Większy nacisk położono na łączenie kombosów, idealne parowanie ciosów i efektowne eliminowanie kilku przeciwników z rzędu. Nie jest to poziom rasowej gry akcji, ale starcia mają odpowiednią dynamikę i nie sprowadzają się już do bezmyślnego wciskania jednego przycisku. Przeciwnicy potrafią zaskoczyć, dlatego warto kontrolować otoczenie i wykorzystywać okazje do ataku. W przeciwnym razie Edward szybko przypomina, że mimo pirackiej fantazji wciąż jest tylko człowiekiem, a nie bohaterem, który po śniadaniu zagryza kule armatnie. Czuć moc ciosów, być może nie tak mocnych jak w hicie poprzedniego miesiąca czyli 007 First Light, ale walka nadal sprawia dużo satysfakcji.


Parkour również doczekał się solidnego odświeżenia i to jedna z tych zmian, które odczuwa się niemal od razu. Ruch jest płynniejszy, pojawiło się więcej wariantów skoków, w tym możliwość wykonywania sekwencyjnych przeskoków oraz odbić w bok czy do tyłu. Dzięki temu przemieszczanie się po dachach, masztach i innych konstrukcjach daje znacznie większą swobodę. Najbardziej podoba mi się jednak to, że częściej to ja kontroluję Edwarda, a nie odwrotnie. Oczywiście nie byłby to Assassin’s Creed, gdyby od czasu do czasu bohater nie postanowił wspiąć się na przypadkową ścianę albo słup, choć ja wyraźnie celowałem w coś zupełnie innego. To chyba element serii równie obowiązkowy jak skok do stogu siana. Mimo wszystko parkour wypada zdecydowanie nowocześniej niż przed laty. Duża w tym oczywiście zasługa historii serii i tego, że od recenzowanej tu „czwórki” pojawiło się dosłownie kilkanaście kolejnych części, więc było z czego podbierać. Ale to tym lepiej.
Skradanie również zyskało kilka usprawnień. Nadal opiera się na dobrze znanych mechanikach, ale znacznie lepiej wykorzystuje tak zwane skradanie społeczne. Możemy wtopić się w tłum, wykorzystać zamieszanie panujące w porcie, schować się w ciemniejszych zaułkach albo poczekać, aż pogoda stworzy lepszą okazję do działania. Dynamiczne oświetlenie sprawia przy tym, że cień nie jest już tylko ozdobą otoczenia, ale faktycznie pomaga pozostać niezauważonym. Oczywiście nie jest to pełnoprawny symulator skradania i prędzej czy później gra wrzuci nas w pościg albo otwartą walkę. Kiedy jednak misja pozwala działać po cichu, całość daje sporo satysfakcji i naprawdę można poczuć się jak asasyn, który wykonuje robotę, zanim ktokolwiek zorientuje się, że w ogóle się tam pojawił.
Żeglowanie i bitwy morskie od zawsze były dla mnie największą siłą Black Flag, dlatego cieszy mnie, że właśnie ten element potraktowano z należytą uwagą. Nowy system wody sprawia, że starcia na morzu wyglądają jeszcze bardziej widowiskowo. Fale realnie wpływają na zachowanie okrętu, podczas burzy widoczność potrafi mocno dać się we znaki, a mokry pokład, maszty i żagle świetnie wykorzystują możliwości ray tracingu. Jeszcze ważniejsze jest jednak to, że całość nie jest wyłącznie pokazem graficznych fajerwerków. Mechanika nadal daje mnóstwo frajdy. Po kilku bitwach łapałem się na tym, że ustawianie okrętu pod idealnym kątem, oddawanie burtowej salwy czy ucieczka w gęsty deszcz, żeby zgubić przeciwników, wchodziły mi w krew. To jeden z tych elementów rozgrywki, który bardzo szybko staje się intuicyjny.
Wszystko to dobrze współgra z tempem opowieści. Nie zdradzając fabularnych szczegółów, historia Edwarda Kenwaya wciąż opiera się na konflikcie między pogonią za sławą i bogactwem a coraz silniejszym związkiem z Bractwem Asasynów. Piracka wolność ma tutaj swoją cenę i nie chodzi wyłącznie o lśniące w karaibskim słońcu złoto. Bohater wielokrotnie musi mierzyć się z konsekwencjami własnych decyzji, a dzięki odświeżonej oprawie łatwiej dostrzec emocje towarzyszące tym wydarzeniom. Lepsze animacje twarzy, bardziej naturalna reżyseria scen i drobne poprawki w dialogach sprawiają, że nawet dobrze znana historia potrafi zaangażować mocniej niż kilkanaście lat temu. To właśnie uważam za jedną z największych zalet remake’u – nie próbuje na siłę opowiedzieć wszystkiego od nowa, tylko sprawia, że jeszcze chętniej przeżywa się to raz kolejny.
Po kilkunastu godzinach jedną z największych zalet Assassin’s Creed Black Flag Resynced okazało się dla mnie tempo rozgrywki. Na PlayStation 5 możemy wybrać jeden z kilku trybów graficznych, więc każdy znajdzie coś dla siebie. Jest wariant nastawiony na 60 klatek na sekundę, tryb balansu oferujący 40 klatek dla posiadaczy ekranów 120 Hz oraz klasyczny tryb jakości z 30 klatkami i najładniejszą oprawą. Osobiście niemal cały czas grałem w 60 FPS. Przy parkourze, walce i bitwach morskich dodatkowa płynność robi tak dużą różnicę, że ciężko było mi wrócić do pozostałych opcji. Zdarzało mi się jednak przełączyć na tryb jakości, żeby po prostu stanąć na klifie i przez chwilę popatrzeć na Karaiby. Może brzmi to trochę dziwnie, ale ten świat naprawdę potrafi zatrzymać na dłużej.
Walka nadal nagradza cierpliwość i dobre wyczucie czasu, parkour daje więcej swobody niż kiedyś, a dynamiczna pogoda potrafi całkowicie zmienić charakter misji. Zdarza się, że spokojny rejs nagle zamienia się w desperacką walkę ze sztormem i właśnie takie momenty zapamiętuje się najlepiej. Warto też wspomnieć o wzbogaceniu gry o drobne naleciałości RPG, których praktycznie nie było w grze wcześniej. Ale spokojnie, to nadal nie przekombinowana Valhalla, tutaj wszystko dozowane jest z umiarem.
Z drugiej strony gra nadal nosi na barkach bagaż produkcji sprzed lat. Część zadań pobocznych jest dość schematyczna, znajdźki rozsiano trochę na zasadzie „bo wypadało”, a misje polegające na śledzeniu celu wciąż potrafią wyprowadzić z równowagi (Śledzenie statku statkiem to nadal mocne iks de). Najbardziej irytujące są sytuacje, w których przeciwnik nagle odkrywa naszą obecność, mimo że wydawało się, iż wszystko robimy zgodnie z planem (Śledzenie statku statkiem, powtórzę się). Nie są to wady, które psują zabawę, ale skutecznie przypominają, że u podstaw wciąż mamy grę sprzed wielu lat.
Od strony audiowizualnej trudno mieć większe zastrzeżenia. To właśnie tutaj widać, gdzie trafiła spora część pracy włożonej w remake. Oświetlenie robi świetną robotę niezależnie od wybranego trybu graficznego. Wschody i zachody słońca wyglądają fenomenalnie, burze mają odpowiedni ciężar, a mokry pokład statku czy kałuże po deszczu potrafią przyciągnąć wzrok bardziej, niż powinny. Do tego dochodzą liczne drobiazgi – lepiej wyglądająca roślinność, bardziej naturalne animacje oraz włosy reagujące na wiatr i pogodę. To właśnie z takich szczegółów składa się wrażenie, że obcujemy z pełnoprawnym remakiem, a nie tylko klasykiem, któremu podbito rozdzielczość i dodano kilka suwaków w ustawieniach.
Na osobną pochwałę zasługuje oprawa dźwiękowa. Oprócz odświeżonej ścieżki dźwiękowej pojawiło się kilka nowych utworów i dodatkowe szanty. To drobny dodatek, ale świetnie buduje klimat pirackiej przygody. Trudno nie uśmiechnąć się pod nosem, kiedy załoga zaczyna śpiewać podczas kolejnego rejsu. Dzięki Dolby Atmos łatwo określić, z której strony nadciąga burza albo skąd właśnie padła salwa z dział. Odgłosy portów, fal i skrzypiącego pokładu tworzą bardzo wiarygodną atmosferę. Swoje dokłada też DualSense. Haptyczne wibracje i adaptacyjne triggery może nie zmieniają rozgrywki, ale przy sztormach, ostrzale czy sterowaniu okrętem potrafią skutecznie zwiększyć immersję.
Gdybym miał wskazać największe zalety Assassin’s Creed Black Flag Resynced, bez wahania postawiłbym na świat gry. Karaiby wyglądają fantastycznie i po prostu chce się je odkrywać. Nieważne, czy akurat zwiedzamy tętniący życiem port, przedzieramy się przez dżunglę czy płyniemy w stronę kolejnej wyspy – praktycznie cały czas jest na czym zawiesić oko. Bardzo dobrze wypada również parkour, który wreszcie daje poczucie większej kontroli nad postacią, a także system walki, zachęcający do wykorzystywania jego możliwości zamiast bezmyślnego wciskania jednego przycisku. Do tego dochodzą trzy tryby graficzne, dzięki którym każdy może wybrać, czy bardziej zależy mu na płynności, czy na maksymalnie efektownej oprawie. No i nie zapomnijmy, o sześciu dodatkowych godzinach fabuły, których próżno szukać w oryginale. Jeśli to Was nie przekona, to ja już nie wiem co może.
Nie oznacza to jednak, że wszystko działa idealnie. Część zadań pobocznych nadal cierpi na powtarzalność i po raz kolejny każe robić to samo, tylko w innym miejscu na mapie. Parkour, mimo wyraźnej poprawy, od czasu do czasu wciąż potrafi żyć własnym życiem i wysłać Edwarda dokładnie tam, gdzie wcale nie planowaliśmy go wysłać. No i są jeszcze misje polegające na śledzeniu celu. Niestety, nawet po odświeżeniu nadal potrafią skutecznie wybić z rytmu. To chyba jeden z niewielu elementów, przy którym twórcy mogli pozwolić sobie na odważniejsze zmiany, zamiast wiernie trzymać się oryginału
Komu poleciłbym Assassin’s Creed Black Flag Resynced? Przede wszystkim fanom pirackich klimatów i otwartych światów. Jeśli lubicie swobodnie eksplorować, walczyć na morzu i co chwilę odpływać w stronę kolejnej wyspy z myślą „sprawdzę tylko, co tam jest”, bardzo łatwo przepadniecie tu na długie godziny. To również świetna propozycja dla osób, które grały w oryginał lata temu i chciałyby wrócić do tej przygody w zdecydowanie nowocześniejszym wydaniu. Z kolei gracze zmęczeni ogromnymi mapami pełnymi znaczników i powtarzalnych aktywności powinni podejść do Black Flag Resynced z pewnym dystansem. Mimo wszystkich usprawnień to wciąż ten sam klasyczny Assassin’s Creed – tylko znacznie ładniejszy, płynniejszy i przyjemniejszy w odbiorze.
W kilku bardziej osobistych słowach – Assassin’s Creed Black Flag Resynced to dla mnie piracka przygoda, do której po prostu chce się wracać. Jasne, nie wszystkie rozwiązania wytrzymały próbę czasu i od czasu do czasu przypomina o sobie wiek oryginału. Wystarczy jednak wypłynąć na otwarte morze, usłyszeć śpiew załogi i huk armat, żeby znów poczuć, dlaczego Black Flag przez lata zyskał status jednej z najbardziej lubianych odsłon serii. Po ponad 20 godzinach spędzonych na PlayStation 5 nie miałem ochoty odkładać pada. Wręcz przeciwnie – chciałem zdobyć jeszcze jeden fort, znaleźć kolejną wyspę i raz jeszcze postawić żagle. A to chyba najlepsza rekomendacja, jaką mogę wystawić grze tego typu. Moja ocena? 8/10, a dla nowych graczy nawet więcej.
Za przedpremierowe udostępnienie gry do recenzji dziękuję firmie Ubisoft














