Z recenzjami filmów Marvela jest jeden problem – trzeba je oglądać w odpowiedniej kolejności, zgodnie z uznaną chronologią, jeden po drugim. A że tych jest już spokojnie licząc kilkanaście, to wszelkie wynaturzenia o jakości tych produkcji wydają się być zbędne – ktoś nieobeznany w temacie nie zacznie oglądania od nie tylko filmu środkowego, co właściwie przedostatniego. Z kolei ktoś śledzący MCU (znający rozwinięcie tego skrótu) nie potrzebuje czytać o nadchodzącym filmie, bo raz, że boi się spoilerów, a dwa – i tak pójdzie. To nie filmy DC, które jakościowo pozostawiają wiele do życzenia i których większość z Was najpewniej nie obejrzała w komplecie. Marvele są zwykle naprawdę dobre – jedyne wątpliwości sprawiać mogą totalnie nowe tytuły, ale jak pokazała Czarna Pantera zdobywając 3 Oscary – zwykle niesłusznie. Ze wszystkich sił i z każdym kolejnym filmem staram się jednak te problemy odrzucić, spojrzeć szerzej. I tak będzie również z Kapitan Marvel. Dzisiejszą premierę obejrzałem w nowej sali kinowej Cinema City ScreenX, gdzie obraz wyświetlany jest również na bocznych ścianach. Sala dostępna jest już od dziś w warszawskiej Galerii Mokotów i w niniejszej recenzji również postaram się wspomnieć o tej technologii oraz o tym – jak „roztrojenie obrazu” wpływa na odbiór filmu.

Kapitan Marvel opowiada o młodej dziewczynie służącej w międzygwiezdnym oddziale Kree – trwa wojna ze złowrogą rasą Scrulli, a bohaterka podczas jednej z misji przypadkowo trafia na zacofaną technologicznie Ziemię. Czy Carol Danvers jest w stanie zatrzymać wojnę oraz odkryć prawdę o swojej przeszłości? Na te i inne pytania z pewnością odpowie wspomniany film.

Chociaż powyższy opis może brzmieć dość prosto – tak naprawdę Kapitan Marvel to wielowątkowa opowieść o szukaniu własnej tożsamości, miejsca we wszechświecie i byciu sobą. Fabuła przenosi nas do młodości Nicka Fury’ego, który co prawda pracuje już w S.H.I.E.L.D, ale jest to jeszcze kompletnie inna organizacja niż ta znana z Avengers – sprawdzimy więc ziemię bliźniaczo podobną do tej z Pulp Fiction, Fury’ego bez opaski na oko i narodziny jednej z najpotężniejszych superbohaterek tego komiksowego świata. Warto z góry powiedzieć, iż scenariusz jest naprawdę porządny, dobrze pomyślany, zabawny i niekiedy szalenie zaskakujący. Jeśli szukalibyście porównania do czegoś co już dobrze znacie, to Kapitan Marvel orbituje gdzieś pomiędzy Wonder Woman, a pierwszą częścią Iron Mana. Moim zdaniem osoba odpowiedzialna za scenariusz doskonale zrozumiała o co w tym „magicznym” świecie chodzi i przedstawiła historię walecznej heroiny w sposób nienachalny, ale jednak pełen nawiązań do długiej historii MCU. „Mrugnięć oka” do widza jest tu cała masa i Kapitan Marvel to chyba najlepsza „nowa” produkcja, która tak silnie próbuje udowadniać, że pasuje do towarzystwa swoich starszych kolegów. Czy słusznie? Możliwe, że tak, bo częściej miałem skojarzenie z jakimś nowszym Star Trekiem niż pełnoprawnym filmem Marvela – więc taka praca była potrzebna. Ale niech to absolutnie nie będzie odbierane jako cokolwiek nagannego. Po prostu opisywana produkcja ma dużo własnego charakteru np. objawiającego się ciekawym spojrzeniem na „czarny charakter” czy odejściu od schematu przypisanego dla tego typu kina (ktoś traci moc, jest smutny, wszystko się wyjaśnia itp). Powaga w równym stopniu miesza się tu z lekką autoironią, a momenty akcji z ciszą, spokojem i w moim odczuciu niezłymi dialogami.

W rolach głównych wystąpili: Brie Larson, Samuel L. Jackson, Ben Mendelsonn czy Jude Law. Szczególnie dobre wrażenie robi świeża, urocza i zadziorna Larson, która idealnie sprawdziła się w roli wszechmocnej kosmitki. Bardzo pomógł jej w tym scenariusz, który w mocny, dosadny sposób prowadził jej postać. Nikogo nie powinna już dziwić silna, stanowcza kobieta – ale o ile większość nowych filmów przyzwyczaja nas do tego, że „babeczka” może być odważna i waleczna, tak Kapitan Marvel pokazuje, że może być także po prostu lepsza od mężczyzn. I ja to bardzo szanuję – tym bardziej, że za reżyserię również wzięła się kobieta. Cieszy mnie fakt, że coraz więcej Pań zabiera się za kino sensacyjne – czuć w tym jakąś nowość. Również odmłodzony Jackson wypadł wyśmienicie i wreszcie mamy okazję przyjrzeć mu się trochę lepiej. Fury okazuje się ciekawą, dobrze zagraną postacią – z chęcią przytuliłbym solowy film o jego przygodach. Najsłabiej moim zdaniem wypada Jude Law, ale nie z własnej winy – po prostu dostał do zagrania mocno nijaką postać. I kot – pokochacie kota. Żądam Oscara w kategorii najlepsza maskotka.

Efekty specjalne niektórych scen robią wrażenie. Co prawda nie wszystkich, ale generalnie pewien zadowalający poziom został zachowany. Na pewno jest odrobinę spokojniej niż zwykle – sporo rzeczy dzieje się w kosmosie, wiele na neutralnych terenach czy to ziemskich czy pustynnych – ale nie pojawiają się tu jakieś dziwne wybryki natury czy kiepska animacja komputerowa. W kinie ScreenX film prezentował się fascynująco – a to za sprawą dwóch dodatkowych ekranów – po lewej i prawej od tego głównego. Warto jednak z góry powiedzieć jedno – tylko część oglądanego materiału korzystała z tej technologii. Ogólnie spokojniejsze sceny działy się na głównym ekranie, a np. w momencie wybuchu (ogólnie w sekwencjach akcji) ekrany „pokazywały więcej”. Rozprasza to dużo mniej niż możecie podejrzewać, ale tak zwanej „dupy” nie urywa. Głównie dlatego, że boczny obraz jest zauważalnie ciemniejszy i mniej szczegółowy niż ten główny. Natomiast synchronizacja jest bardzo dobra, a rozciągnięte boki niespecjalnie utrudniają koncentracje. O ile początkowo byłem sceptyczny, o tyle „im dalej w las tym więcej drzew” – z każdą kolejną sceną, gdy obraz się wygaszał coraz mocniej mi tego efektu brakowało. 2-3 sceny na dłużej zapadły mi w pamięć właśnie dzięki przeniesieniu filmu na ekran ScreenX. Nie zrozumcie mnie jednak źle, bo – film jakiś bombowy graficznie nie jest i np. w IMAX prawdopodobnie nie odczułbym tak bardzo piękna i uroku poszczególnych ujęć. Ale na rozszerzonym ekranie już tak – jednak jest ich sporo za mało. Czy wróżę sukces tej technologii? Szczerze mówiąc nie, ale raz w życiu warto sprawdzić o co chodzi. Bo głowę należy mieć otwartą – a może się komuś spodoba?

Kapitan Marvel to produkcja porządna i właściwie… to tyle. To historia świetnie napisana, z ciekawymi, niestandardowymi bohaterami, miejscem i czasem akcji. Ale to tylko wprowadzenie nowej bohaterki, która świat Marvela nieszczególnie rozbudowuje. Ok, teraz widzimy, że była jego podwaliną, ale czy to wystarczy? W sumie, gdyby nie Nick Furry nie dałoby się tych połączeń odczuć.

Brie Larson to świetna, piękna aktorka. Fantastycznie, że połączy siły z drużyną herosów w Avengers: Koniec Gry. Warto poznać jej historię, chociaż uważam, że nie jest specjalnie ważna (ta historia) w kontekście finału, który czeka nas już w kwietniu. Ale wszyscy komiksowi szaleńcy – do kin! Bo to po prostu dobry film superbohaterski! Nie wiem ile jeszcze razy i w ilu recenzjach to powtórzę (mam nadzieję, że przestanę przy Shazzam) – ale uczcie się drogie DC! Macie od kogo. I mini spoiler dla Waszej wygody – po filmie są dwie sceny dodatkowe.

Piotrek Gniewkowski (Niekulturalny)

Piotrek Gniewkowski (Niekulturalny)

Krytyk filmowy i teatralny, zapalony gracz konsolowy i komputerowy. Od kilku lat pracuje w branży reklamowej przy projektach influencerskich. Zakochany w najnowszych technologiach. W wolnych chwilach fotografuje Warszawę.

Skomentuj tekst: (komentarze są moderowane - pojawią się po zatwierdzeniu)