Jestem wielkim fanem Dragon Ball’a. Widziałem wszystkie filmy kinowe, wszystkie sezony anime. Na moim blogu pojawiło się nawet kilka tekstów, jeden o Dragon Ball Heroes, drugi o Dragon Ball Super, a trzeci o tym, że DBS się skończył i czym można zastąpić sobie pustkę, którą zostawił. Kolejne odcinki Dragon Ball Super na całe szczęście powrócą już w lipcu, ale kilka miesięcy temu swoją japońską premierę miała nowa wersja kinowej przygody z Legendarnym Super Saiyan’em Brolly’m. Chociaż jest to już czwarty film skupiający się na tym bohaterze – historia została przebudowana, przepisana i opowiedziana na nowo. Czy tym razem dostaliśmy produkcję, która nie urąga inteligencji fana tego kultowego już anime opowiadającego o losach potężnych wojowników? Szczegóły poniżej.

Fabularnie mamy pewną nowość: Brolly nienawidzi Vegety, a nie Goku. To miła odmiana, w dodatku sprytnie wyjaśniona w scenariuszu – Król Vegeta postanowił pozbyć się kapsuły z Brolly’m, gdyż ten już jako niemowlę wykazywał się większą siłą niż jego własny syn. Ponieważ w pogoń za statkiem kosmicznym (z zawartością w liczbie jednego niemowlaka) rzucił się ojciec Brolly’ego – obaj wylądowali na pustynnej planecie, gdzie chłopak dorastał chłonąc jedynie chęć zemsty za los swój i swojego padre. Dostajemy więc totalny reboot cyklu i kolejne origin story, którego akcja rozgrywa się najpierw kilkanaście lat temu, aż w końcu zaraz po zakończeniu Wielkiego Turnieju Mocy. Warto zwrócić uwagę, że fabuła nie żenuje, nowi bohaterowie mają ciekawe historie, często coś konkretnego do powiedzenia i doskonale pasują do całej tej Dragon Ball’owej otoczki. Nie są niestety tak świetnie zaprojektowani jak postacie pojawiające się w „DB Heroes”, ale pewien poziom trzymają, na pewno dużo większy niż Jaco czy dziwny Król Wszystkiego. Większość to co prawda jakieś ludki z przybocznej armii Freezy, ale naprawdę pasują do tego co widzimy na ekranie. Ciężko się więc do czegokolwiek przyczepić, zwłaszcza, że sam Brolly prezentuje się całkiem znośnie, tak samo jak jego ojciec. Początek scenariusza jest być może trochę przegadany, ale na pewno nie zwrócicie na to uwagi – po prostu jest ciekawie, sensownie i bez większych dziur.

Kreska przypomina najlepsze czasy Dragon Ball Z – jest szczegółowa, sprawia wrażenie rysowanej ręcznie (czego totalnie nie można powiedzieć o okropnie prostackiej użytej w większości odcinków „Super”). Kolory są mocne, doskonale dobrane, a walki… własnie walki. Jeśli w standardowych odcinkach rzadko kiedy wiecie co dzieje się na ekranie, to podczas seansu DBS: Brolly będzie jeszcze ciężej połapać się kto jest kim, co się wydarzyło i kto dostał z piąchy od kogo. Twórcy zastosowali rzadki w animacjach 2D trick (prawdopodobnie podpatrzony w Dragon Ball FighterZ), który sprawia, że kamera często kręci się dookoła bohaterów. Dzieje się więc mega dużo, wszystko miga, lata, strzela i wybucha. Akcji jest wystarczająco, walki satysfakcjonują – chociaż jak już wspomniałem początek jest zdecydowanie za bardzo przegadany i retrospekcyjny. Ale to dobrze, bo wreszcie scenariusz ma jakiś sens i czuć w nim miłość do materiału źródłowego.

Muzyka… jest irytująca. Z jakiegoś powodu pomiędzy akcję wpleciono dziwne fragmenty mocnych rockowych piosenek o Brolly’m… Strasznie mnie to wkurzało. Ogólnie dźwięk jest spoko, ale ten zabieg oceniam jako kompletnie niepotrzebny. Zresztą dźwięk w Dragon Ball… no generalnie to dużo do siebie krzyczą. Kto wie ten wie.

Po niezłym Battle of Gods i gorszym Resurrection ‚F’ DBS: Brolly to z pewnością nowa jakość. W dodatku plotka mówi, że jest to pierwsza „kinówka”, która nie będzie maglowana w serialu jako oddzielna saga. To dobrze, szkoda tylko, że z tego powodu nie będzie to część kanoniczna tzn. nie będzie się liczyć i Brolly’ego raczej nie zobaczymy w serialu (zwłaszcza, że nawiązanie do niego pojawiło się w trochę innej formie w samym anime, konkretnie jedna z bohaterek Wielkiego Turnieju Mocy potrafi się przemienić w jego damską wersję). Grafika jest 100x bardziej szczegółowa niż ta w „Super”, dźwięk nie budzi zastrzeżeń, fabuła jest w miarę sensowna, a dzięki retrospekcjom buduje akcję w perfekcyjny, bardzo emocjonujący sposób – Akira Toriyama kolejny raz udowodnił, że rozumie świat który stworzył i nadal nadaje się do tego, aby właściwie samodzielnie rozwijać go praktycznie w nieskończoność. Szkoda, że nie wszystkie projekty postaci są nowatorskie, ale nie można mieć wszystkiego.

DBS: Brolly to bardzo dobry, szybki i sensownie zaprojektowany film. To także doskonałe „czekadełko” pomiędzy zbyt rzadko wychodzącymi odcinkami „Heroes”, a powrotem „DB Super 2” (który nastąpi już w lipcu). Oglądajcie śmiało! Tylko błagam Was – po japońsku. Angielski dubbing (słyszalny w trailerze) to niestety coś okropnego.

Film od pewnego czasu dostępny jest np. na zagranicznych BluRay – premiera w naszych kinach nie jest planowana. Zresztą światowa premiera miała miejsce w grudniu zeszłego roku.

Piotrek Gniewkowski (Niekulturalny)

Piotrek Gniewkowski (Niekulturalny)

Krytyk filmowy i teatralny, zapalony gracz konsolowy i komputerowy. Od kilku lat pracuje w branży reklamowej przy projektach influencerskich. Zakochany w najnowszych technologiach. W wolnych chwilach fotografuje Warszawę.

Skomentuj tekst: (komentarze są moderowane - pojawią się po zatwierdzeniu)